Językowa corrida

26.02.2021

Internet

W jednym z moich ostatnich felietonów pojawiło się słowo internet pisane małą literą. Zaniepokoiło to czytelnika, który zapytał  w komentarzu pod tekstem: „Zgodnie z jaką zasadą pisze Pani małą literą rzeczownik ,,Internet"? Na wielu stronach internetowych spotkałem się z pisownią tego rzeczownika dużą literą. Poza tym program Word podkreśla na czerwono słowo ,,Internet" napisane małą literą, tym samym traktując napisany w ten sposób wyraz jako błąd”.

Doskonale rozumiem te wątpliwości, bo mnie samej zajęło sporo czasu, by przestawić się z wielkiej na małą literę. Jednak gdy śledzę opinie językoznawców formułowane w różnych słownikach i poradniach językowych, to dochodzę do wniosku, że internet jest ortograficznie bardzo kłopotliwym wyrazem. W „Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny” PWN z 2004 r. jest notowana tylko pisownia od wielkiej litery w znaczeniu ‘sieć komputerowa’. Podobną opinię sformułowano w „Słowniku poprawnej polszczyzny” wydanym w tym samym roku przez Świat Książki. Jej autor, Jan Grzenia, dowodził, że Internet jest nazwą własną, dlatego może być pisany tylko wielką literą, i że nie zna powodów, które uprawniałyby do uznania tego wyrazu za pospolity.

Ale w słownikach ortograficznych z początku lat dwutysięcznych pisownia tego hasła jest już zróżnicowana. W „Wielkim słowniku ortograficznym” PWN przeczytamy, że Internet to ‘globalna sieć komputerowa’, a internet to samodzielna sieć lub fragment Internetu’. W „Słowniku ortograficznym języka polskiego” wydanym w wydawnictwie Wilga Internet to ‘nazwa własna systemu’, a internet to ‘każdy system łączności komputerowej’. Nie wiem, jak moi Czytelnicy, ale ja nie rozróżniam tych pojęć, a zwłaszcza nie potrafię sobie wyobrazić „fragmentu Internetu”. Pewnie i dla innych piszących ten niuans znaczeniowy jest trudny do opanowania (i zastosowania), bo coraz częściej piszą internet od małej litery. Niektórzy argumentują, że internet to medium na podobieństwo telewizji, radia, prasy, a to są nazwy pospolite, pisane małą literą. Być może jest to argument nienaukowy, ale na pewno zdroworozsądkowy.

Jest jeszcze jedna przesłanka, by pisać internet małą literą. Na stronie Rady Języka Polskiego już w 2001 r. pojawiła się taka interpretacja:  „Internet to nazwa własna sieci informatycznej i dlatego, jak każda nazwa własna, jest pisany dużą literą. Jak jednak wiadomo, nazwy własne czasami zaczynają żyć swoim życiem i stają się nazwami pospolitymi – odnoszą się wtedy do wszystkich obiektów danego typu. Tak było np. z walkmanem (pierwotnie przecież był to odtwarzacz firmy Sony) i z adidasami. Słowo internet po jakimś czasie zaczęło nazywać każdą sieć informatyczną – w tym znaczeniu jest pisane małą literą”.

Trafnym podsumowaniem całej dyskusji może być komentarz innego czytelnika mojego felietonu: „Śpieszę donieść, że pisownia małą literą jest już tak rozpowszechniona, że nawet jeśli jest to niepoprawne, to jest to już raczej proces nieodwracalny”. Słuszna uwaga, wszak to zwyczaj językowy kształtuje normę, także ortograficzną, a słowniki stopniowo tę powszechną praktykę sankcjonują.

19.02.2021

Ilość cukru i liczba samochodów

Napisał do mnie pan Tomasz, który martwi się niewłaściwym użyciem słów liczba i ilość: „Od jakiegoś czasu obserwuję słowa ilość i liczba i porównuję z językiem angielskim. W angielskim ilość cukru, pieniędzy, wody stosujemy do rzeczowników niepoliczalnych, a liczba osób, książek, pomysłów do rzeczowników policzalnych. Tymczasem w polskich mediach czasami pojawia się użycie słowa liczba, np. miejsc parkingowych, ale dominuje słowo ilość:  pasażerów albo samochodów. Czy w języku polskim powinienem poprawiać moich uczniów, aby rozróżniali ilość cukru i liczbę samochodów?”.

W języku polskim jest podobnie jak w angielskim. Słowo liczba odnosi się do rzeczowników policzalnych, a słowo ilość do niepoliczalnych. Ale nie traktuje się tego podziału szczególnie rygorystycznie. Nawet leciwy już „Wielki słownik poprawnej polszczyzny” w haśle ilość, czyli ‘miara tego, co ma być liczone’, podając przykład: ilość wybudowanych domów, ilość dzieci, sugeruje, że lepiej powiedzieć liczba wybudowanych domów, liczba dzieci. Owo „lepiej” znaczy, że w wypowiedziach staranniejszych, wzorcowych pożądana jest w tych kontekstach liczba, ale w tekstach swobodnych, potocznych ilość nie razi.

Podobna uwaga zamieszczona jest w haśle liczba, czyli ‘suma takich samych albo podobnych jednostek, rzeczy, zdarzeń’: „dopuszczalne jest wymienne używanie rzeczowników liczba i ilość, zwłaszcza jeśli chodzi o duże wielkości”. Równie tolerancyjny jest wobec ilości „Inny słownik języka polskiego”, który po definicji: „Ilość czegoś to wielkość określająca, ile tego jest”, zamieszcza zdanie: „Niektóre osoby sądzą, że w odniesieniu do rzeczy, które można policzyć, odpowiedniejsze jest słowo liczba”.

Zarówno „Wielki słownik poprawnej polszczyzny”, jak i „Inny słownik języka polskiego” są wydawnictwami normatywnymi, czyli takimi, które wskazują formy poprawne, a przestrzegają przed niepoprawnymi. W żadnym z nich nie stawia się sprawy liczby i ilości na ostrzu noża. Redaktorzy wiedzą bowiem, że należy do tej kwestii podejść swobodniej, zwłaszcza gdy mowa o „dużych wielkościach”, które zacierają granicę między liczbą a ilością. Być może, gdy słowom liczba i ilość będzie towarzyszyć przymiotnik niewielka, to wątpliwości będzie mniej.

Kwestia policzalności czy niepoliczalności też bywa trudna do rozstrzygnięcia przy wielu wyrazach (jakby się ktoś uparł, toby ziarnka kawy albo maku policzył!). Stosunkowo łatwo jest policzyć samochody w mieście albo miejsca parkingowe. Ale jeśli nie jest ważna ich liczba, tylko „duża wielkość”, to w zdaniu: Budujmy w Szczecinie podziemne parkingi, bo w mieście gwałtownie rośnie ilość samochodów nie ma błędu.

Czy ilość zdominuje liczbę? Wydaje mi się, że tak, bo wzmaga się tendencja do zastępowania liczby słowem ilość. Przecież nie zawsze chcemy albo możemy rozważyć, czy się coś da policzyć. Czy zatem Pan Tomasz ma w tej kwestii poprawiać swoich uczniów? Raczej zwracać im uwagę na problem, ale ich nie dręczyć. Jeśli w zwyczaju językowym ilość zwycięży liczbę, to norma polszczyzny tę sytuację zaakceptuje. Wszak to użytkownicy języka decydują o jej kształcie.

12.02.2021

Webinar

Pandemia zmieniła nam istotnie realia życia, wpłynęła też na formy międzyludzkich kontaktów. Znacznie częściej niż niegdyś komunikujemy się ze sobą przez internet. Internetową formę ma przede wszystkim szeroko pojęta edukacja: lekcje szkolne, zajęcia akademickie i wszelkiego rodzaju szkolenia, seminaria, zebrania.

W związku z tym pojawiły się w języku nowe słowa opisujące nowe realia: spotkanie online, zajęcia onlajnowe, zdalne, zdalka, wyciszyć (mikrofon), odciszyć się (włączyć mikrofon) i inne, spontanicznie tworzone na potrzeby usprawnienia tej nietypowej dotąd komunikacji.

Jedną z form kontaktu w internecie jest webinarium, webinar, czyli ‘seminarium internetowe’. To pochodzące z języka angielskiego słowo jest stosunkowo nowe w polszczyźnie, nie notują go tradycyjne wydania słowników języka polskiego ani słowników wyrazów obcych. Jednak o tym, że jest ważne i często używane, świadczy umieszczenie go w internetowym „Wielkim słowniku języka polskiego” z definicją: ‘spotkanie odbywane w komunikacji internetowej, służące szkoleniom, seminariom i innym formom nauki lub pracy wymagającym obustronnej komunikacji między osobą prowadzącą spotkanie a uczestnikami’. 

Nazwa webinarium łączy w sobie angielski wyraz web ‘sieć’ i część łacińskiego wyrazu seminarium ‘szkółka roślin’, a współcześnie ‘zajęcia dydaktyczne dla studentów starszych lat pogłębiające wiedzę z jakiejś dziedziny’ albo ‘rodzaj kursu, szkolenia wzorowanego nas takich zajęciach’. Postać webinarium jest rzadsza, częściej używamy krótszej formy webinar.

Skoro webinarium i webinar są wyrazowymi hybrydami, to pojawiają się wątpliwości, jak je wymawiać. Czy uwzględniać angielskie pochodzenie cząstki web i wymawiać [uebinarium], czy mówić w sposób spolszczony: [webinarium]. Na obecnym etapie przyswajania tego zapożyczenia oba warianty wymowy są poprawne, ale sądzę, że zwycięży forma spolszczona. To naturalny etap asymilacji zapożyczeń: najpierw staramy się naśladować obcą wymowę, a potem przystosowujemy ją do rodzimych zasad artykulacji. Rozchwianie artykulacyjne jest charakterystyczne dla wielu nowych wyrazów. Weźmy choćby nazwę Microsoft, którą możemy wymawiać w formie zbliżonej do angielskiej:  [majkrosoft] albo spolszczonej [mikrosoft]. Inne nieustabilizowane w wymowie zapożyczenia to skrótowiec HBO, wymawiany jak [ejdż-bi-oł] albo [habeo], czy skrótowiec UPC, wymawiany jak [ju-pi-si] albo [u-pe-ce].

Nie ma ogólnej zasady, która regulowałaby wymowę przyswajanych zapożyczeń. Wszystko zależy od nas, użytkowników języka. Raz zwycięża wymowa naśladująca oryginalną fonetykę np. FBI [ef-bi-aj], innym razem błyskawicznie wymowę spolszczamy, jak nazwę sieci bezprzewodowej wi-fi. A czasem możemy wymawiać i tak, i tak, jak tytułowy webinar. Myślę jednak, że perspektywa dalszej długotrwałej izolacji domowej i konieczność komunikacji internetowej przyczynią się do całkowitego spolszczenia wymowy tego wyrazu.

05.02.2021

Destynacja

„Republika Dominikany wybrana najlepszą destynacją obydwu Ameryk” – czytam na stronie znanego biura podróży. Chodzi nie tylko o wybór podróżników, lecz także o „wyjątkowe atrybuty destynacji, dzięki którym turyści chętnie tam powracają”. Czy rzeczywiście słowo destynacja jest nam w polszczyźnie niezbędne?          

Daleka jestem od twierdzenia, że wyrazy obce psują polszczyznę. Nie podzielam takiej opinii, bo wiem, że zapożyczenia wzbogacają zasób słowny naszego języka, ułatwiają porozumiewanie się, otwierają nas na świat. Nie wyobrażamy sobie życia bez laptopa, bankomatu czy fitnessu, bez newsów, monitoringu, peelingu i innych wyrazów wypełniających lukę w rodzimym słowniku. Mogłabym wymienić jeszcze ponad sześć tysięcy anglicyzmów, bo tyle trafiło w ostatnich latach do naszego języka.

Są jednak takie pożyczki, których obecności w polszczyźnie nie da się wytłumaczyć inaczej, jak tylko snobizmem językowym, chęcią zaimponowania modnym słowem. Tak właśnie oceniam destynację. Na stronie Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego destynacja jest definiowana ostrożnie: „Niektórzy, szczególnie osoby pracujące w branży turystycznej, nazywają destynacją miejsce, które jest celem podróży, zwłaszcza kraj, do którego się podróżuje. Destynacją może być też kraj, miasto lub jakieś konkretne miejsce, w którym się wypoczywa”. Czyli jeśli marzę o podróży do Azji, to marzę o Azji jako swojej destynacji? Toż to odbiera moim marzeniom cały urok!

Destynacja wypiera ze słownika takie wyrażenia, jak cel, miejsce, cel podróży, miejsce podróży, ale też miejsce przeprowadzki, podróży służbowej, w ogóle jakiegokolwiek przemieszczania się. Wszystkie te precyzyjniejsze sformułowania wchłania obca destynacja. Mogłabym wręcz powiedzieć, że je „pożera”, bo o modnych słowach zwykłam mówić, że to „pożeracze synonimów”.

Skąd się wziął ten językowy natręt? Destynacja jest bezpośrednim zapożyczeniem z języka angielskiego albo francuskiego, ale w polszczyźnie była już obecna w dawniejszych wiekach jako pożyczka łacińska: destinatio. Notuje ją Słownik języka polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego w znaczeniu ‘przeznaczenie, wyznaczenie’, ale opatruje kwalifikatorem dawne. Można więc powiedzieć, że destynacja przeżywa w naszym języku drugą młodość.

Trzeba też stwierdzić, że jej współczesna obecność ogranicza się do języka środowiskowego branży turystycznej, transportowej czy lotniczej. Ludzie mało podróżujący raczej destynacji nie przyswoją, a i ci, którzy marzą o podróżach, wolą chyba swoje pragnienia formułować po polsku. Bo czyż miłośnicy polszczyzny mogą sobie wyobrazić, że ktoś ich zapyta: Kochani, to jaką destynację wybierzemy po pandemii?

29.01.2021

Jeżeli czy jeśli?

Która z form spójnika: jeżeli czy jeśli jest lepsza? Której należy częściej używać? Takie pytanie często stawiają sobie ci, którzy chcą starannie formułować myśli.

Odpowiedź nie jest skomplikowana: obie formy są poprawne i w zasadzie pod żadnym względem niezróżnicowane. Obie można stosować w tych samych kontekstach. Ich użycie zależy od indywidualnych wyborów mówiącego czy piszącego albo od melodii zdania. Czasem bowiem jedna sylaba zmienia rytm całej wypowiedzi. Jeśli jest odrobinę słabsze od jeżeli, dlatego częściej je stawiamy na początku zdania, zwłaszcza w tekstach o charakterze oficjalnym. Jednak istotnej różnicy ani znaczeniowej, ani stylistycznej pomiędzy tymi spójnikami nie ma.

Nie ma też różnicy między wyrazami naprzeciw i naprzeciwko, które w zależności od sensu wypowiedzi mogą być przysłówkami lub przyimkami. Przysłówkiem są w zdaniach: Wyszedł mu naprzeciw. Jan mieszkał naprzeciwko. Przyimkiem są w zdaniach: Usiedli naprzeciw siebie. Naprzeciwko szafy powiesił obrazy. Skoro nie ma różnicy w znaczeniach obu wyrazów, to skąd ta różnica w formie? Skąd się wzięła cząstka –ko w słowie naprzeciwko? Jest to prawdopodobnie efekt owej dwoistości gramatycznej. Naprzeciw, używany jako przysłówek, upodobnił się do innych przysłówków z zakończeniem –ko: daleko, blisko, gorzko, krótko itp. Z biegiem czasu przysłówkowa forma zaczęła być używana także w funkcji przyimka: Naprzeciwko sklepu był przystanek

Chociaż istnienie wariantów różnych wyrazów wzbogaca zasób słowny polszczyzny, to bywa, że nie zawsze mamy ochotę z tego bogactwa korzystać i częściej używamy jednej formy kosztem drugiej. Dwóm omówionym wyżej parom wyrazów to jeszcze nie grozi, ale inne wariantywne formy wychodzą powoli z użycia. Z jedną z takich par spotykamy się czasem podczas posezonowych wyprzedaży. Czy może wysprzedaży? Obie formy są już poprawne i obie używane, choć wcześniej tylko wyprzedaż była akceptowana. Wyrazy wyprzedaż, wyprzedać pochodzą od dawnego czasownika przedać, którego już nie ma w żywej polszczyźnie. Wyparł go przedrostkowy wariant sprzedać i to od niego tworzymy kolejne słowa: wysprzedać, wysprzedaż, a także przedsprzedaż. Forma przedać jako jedyna jest podstawą słowa zaprzedać.

Całkiem nieobecny w zwyczaju językowym Polaków jest chyba czasownik nadwerężyć (chociaż ja go jeszcze używam), który został pokonany przez nowszy wariant nadwyrężyć. Jest to kolejna postać wyrazu utworzonego od ruskiego zapożyczenia powieriedit’ ‘okaleczyć’, który od XVII wieku przeszedł naprawdę wiele: od formy nadweredzić przez nadwerędzić, nadwerężyć, aż do najnowszego nadwyrężyć. Czy to koniec przeobrażeń? Nie wiadomo.  

O tym, czy pozycja jakiegoś wyrazu się wzmocni, czy osłabnie, decydujemy my, użytkownicy polszczyzny. Więc jeśli chcemy dać słowom moc, to ich po prostu używajmy, bo od nas zależy bogactwo naszego języka. 

22.01.2021

Państwa-miasta

Napisała do mnie pani Magda, redagująca książki dla dzieci: „Mam pytanie dotyczące zapisu nazwy popularnej gry dla dzieci: państwa miasta. Jak ją zapisywać w zdaniu: Dzieci grają w państwa miasta? Dzieci grają w państwa-miasta? Dzieci grają w „Państwa-miasta”? Dzieci grają w „Państwa, miasta”? A może zastosować jeszcze inną pisownię?” – pyta korespondentka.

Sprawa jest trudna, bo okazuje się, że rozbudowane zasady ortograficzne nie uwzględniają pisowni nazw gier. Słownik notuje takie hasła, jak brydż, szachy, ale nie formułuje żadnej zasady i nie mówi, jak zapisać nazwę konkretnej gry.

Mamy dwa problemy do rozstrzygnięcia. Pierwszy: czy nazwa gry, o którą pyta korespondentka, należy do kategorii nazw własnych, czy pospolitych? Drugi: jak połączyć oba człony nazwy? Najpierw poszukajmy jakichś zbliżonych reguł dotyczących użycia wielkich i małych liter. Jeśli nazwy pospolite obrzędów, zabaw(!) i zwyczajów pisze się od małej litery i jeśli nie mamy wątpliwości, że tak piszemy wymienione w słowniku szachy, warcaby, domino, to możemy się opowiedzieć za małą literą. Podobnie zapiszemy nieujęte w słowniku piłkarzyki i kalambury.

Jednak pani Magda ma wątpliwość, bo dalej pisze: „Czy można tę nazwę traktować jak nazwę popularnej gry, np. szachy, i pisać bez żadnych wyróżników? Tylko że wtedy w zdaniu ta nazwa staje się niewidoczna, np. Zuzia, Jacek i Ola grali w państwa miasta”. To słuszna uwaga, bo takie zdanie jest jasne głównie dla osób, które znają grę. Może więc wielka litera w „naszej” nazwie byłaby uzasadniona, zwłaszcza że takie nazwy gier dla dzieci, jak grzybobranie czy klątwa faraona bywają uznane za tytuły i zgodnie z tą zasadą pisane od wielkiej litery: Grzybobranie, Klątwa faraona. Wobec braku konkretnej zasady obie pisownie: i wielką, i małą literą, uważam za dopuszczalne.

Druga kwestia, czyli sposób łączenia dwóch członów nazwy, wydaje mi się łatwiejsza do rozstrzygnięcia. Pani Magda ma wiele propozycji: „Czy można zastosować tu łącznik? Na takiej zasadzie, że są to dwa równorzędne rzeczowniki: państwa-miasta? Czy może potraktować jak tytuł „Państwa, miasta”? lub „Państwa, miasta...” (z wielokropkiem, ponieważ w grze wypisuje się nie tylko nazwy państw i miast, ale również rzek, stolic)”.

Jak mawia prof. Miodek: można i tak, i tak. I przecinek, i łącznik sugerują, że są to człony równorzędne. Przecinek dopuszcza występowanie kolejnych składników, natomiast łącznik „zamyka” treść w dwóch członach i niczego więcej nie sugeruje. W nazwie gry nie jest potrzebna informacja, że grając, wpisujemy oprócz państw i miast jeszcze jakieś inne hasła, a łącznik jest wyrazistszym niż przecinek znakiem graficznym. Zatem i tu oba sposoby zapisu są dopuszczalne.

Podsumowując szczegółową analizę, mogę jedynie powiedzieć, jak ja zapisałabym tę nazwę: od małej litery i z łącznikiem, bez cudzysłowu. Jednak pisownia z przecinkiem i od wielkiej litery też nie będzie błędem. Muszę sprawę przedyskutować w szerszym gronie specjalistów, dlatego jeszcze wrócę do tego problemu ortograficznego.

08.01.2021

Słowotwórcze niuanse

Szybko zmieniająca się rzeczywistość uaktywnia słowa rzadko używane, czasem nawet nienotowane w słownikach. Udowodnił to plebiscyt „Słowo roku”, w którym zwycięzcą został koronawirus, rok temu zupełnie nieobecny w polszczyźnie ogólnej. Trzecie miejsce zajęły rzadkie słowa pandemia (wybór kapituły plebiscytu) i apostazja (wybór internautów). Tylko na drugim miejscu znalazło się słowo powszechnie znane, gdyż wszyscy zagłosowali na słowo kobieta/kobiety, doceniając tym samym siłę i odwagę kobiet zabierających głos w ważnych społecznie sprawach.

Słowami najbliższych miesięcy (a może i roku) będą zapewne wyrazy tworzone od czasownika szczepić: szczepionka, szczepienie, zaszczepić, wszczepić, wyszczepić. Co ciekawe, czasownika  wyszczepić  słowniki nie notują, choć to właśnie on obok szczepionki i szczepienia stał się teraz szczególnie popularny, zwłaszcza w oficjalnych komunikatach rządowych. Nawiasem mówiąc, podobne formy słowotwórcze są dla tych komunikatów charakterystyczne. Przed paroma miesiącami minister zdrowia mówił, że krzywa zachorowań się wypłaszcza i że wymazujemy kopalnie, gdy robiono górnikom testy (wymazy) na obecność koronawirusa.

Z powodu nieobecności w słownikach formy wyszczepić niektórzy sądzą, że jest ona niepoprawna. Jeśli jednak zanalizujemy znaczenie przedrostka wy-, to wątpliwości powinny nas opuścić. Cząstka wy- uzupełnia bowiem podstawowe znaczenie czasownika między innymi o taką treść: ‘osiąganie celu, wyniku, wyczerpanie zakresu czynności’, np. wybłagać, wybudować, wydrzeć, wydusić, wypalić. Zgodnie z tym wyszczepić znaczy ‘osiągnąć wyznaczony cel, wyczerpać zakres czynności, czyli zaszczepić wszystkich bez wyjątku’. Zastrzeżenia wobec tego neologizmu są więc nieuzasadnione.

Różne przedrostki dodawane do czasowników mogą nie tylko zmieniać ich znaczenia, lecz także przenosić czasownik z jednego poziomu stylistycznego na drugi. Niektóre neutralne czasowniki, np. puścić, rzucić, jeść, słać, jechać, jeśli dodamy do nich cząstkę pod-, nabierają nacechowania potocznego, ekspresywnego: podpuścić, podrzucić, podjeść, podesłać, podjechać. A jeśli mają nacechowanie potoczne, to są stylistycznie ograniczone, co powoduje, że nie w każdym typie tekstu mogą się pojawiać. Nie razi mnie, gdy znajomy powie, że podjedzie do mnie i podrzuci mi zakupy, ale czuję stylistyczny zgrzyt, gdy studentka pisze wiadomość i prosi mnie, by jej podesłać termin egzaminu.

Wiem, że to niuans, być może nawet moje czepialstwo, ale jeśli nie będziemy zwracać uwagi na subtelności językowe, to się nam to nasze bogactwo stylistyczne polszczyzny wkrótce spłaszczy, a nawet wypłaszczy. A wtedy o bogactwie już nie będzie mowy…

31.12.2020

Słowo na koniec roku

Z końcem każdego roku Uniwersytet Warszawski ogłasza plebiscyt na Słowo Roku. Uczestnicy wybierają słowo, które według nich wiąże się z wydarzeniami ostatnich dwunastu miesięcy. Kandydata można zgłaszać samodzielnie, można też wybrać jedną z propozycji organizatorów konkursu zamieszczonych na stronie sloworoku.uw.edu.pl.

Przez cały rok warszawscy językoznawcy analizują i opisują słowa pojawiające się w prasie i innych mediach. Charakteryzują słowa dnia, tygodnia, miesiąca. Słowami stycznia 2020 roku były epidemia i nienawiść, w lutym wysoką frekwencję osiągnął palec mający związek z wymownym gestem posłanki, w marcu – kwarantanna i nauczyciel, w kwietniu maseczka i strajk, w maju odmrażanie i obostrzenia, a także pedofilia, w czerwcu – głosować, w lipcu – frekwencja (wiadomo, wybory!) i równość, w październiku aborcja i protest, w listopadzie - szczepionka. Warto zajrzeć na stronę slowanaczasie.uw.edu.pl.

To oczywiste, że polszczyzna publiczna roku 2020 została zdominowana przez słowa związane z globalnym zagrożeniem. Odkurzyliśmy rzadko używane w języku potocznym słowo pandemia ‘epidemia obejmująca swym zasięgiem kraj, kontynent, a nawet cały świat’, wcześniej występujące głównie w specjalistycznych odmianach języka. W nowych znaczeniach zaczęły się pojawiać słowa kwarantanna ‘przymusowa izolacja lub samoizolacja’ i maseczka – dotąd kojarzona głównie z zabawą albo z urodą. Z kwarantanną ma związek inny rodzaj „uwięzienia”, angielski lockdown czyli ‘zamknięcie, odcięcie’. Tego obcego słowa nie umieliśmy albo nie chcieliśmy zastąpić żadnym rodzimym odpowiednikiem.

W minionym roku „królowała” jednak korona – pierwszy człon nazwy zabójczego wirusa. Owa korona nie jest nazwą ‘królewskiego nakrycia głowy’, tylko łacińskim albo greckim odpowiednikiem słowa ‘wieniec’. Cząstka korona jest elementem wielu żartobliwych neologizmów, które pomagają przetrwać trudny czas: koronaceny, koronachaos, koronadepresja, koronaferie, koronagłuptas, koronaidiota, koronaimpreza, koronainfolinia, koronakryzys, koronaświrus, koronarzeczywistość, koronalia itp.

Wysoką frekwencję miały też w 2020 roku słowa związane z ratowaniem zdrowia: respirator, ozdrowieniec i medyk. Tym ostatnim słowem, w słownikach oznaczanym jako przestarzałe albo jako ‘potoczne określenie studenta medycyny’, teraz nazywamy wszystkich lekarzy, pielęgniarki, ratowników i innych pracowników ochrony zdrowia. I nie ma już ono żadnego innego zabarwienia emocjonalnego, oprócz wdzięczności pacjentów.

Zachęcam Państwa do głosowana na słowo roku. Jeszcze jest czas, głos można oddać do ostatniej minuty roku, który właśnie się kończy. Pożegnam go bez żalu, z ulgą i z nadzieją na lepszy rok 2021, który – głęboko w to wierzę – dzięki osiągnięciom światowej medycyny przyniesie nam wolność! Życzę tego gorąco wszystkim Czytelnikom moich felietonów. Do siego roku!    

24.12.2020

Narodowy czy społeczny?

-  Wszystko jest teraz narodowe, wartość tego słowa spada – stwierdził ostatnio mój znajomy. I miał rację! Jeśli zbyt często używa się jakiegoś słowa, to traci ono na wartości, jego moc słabnie, sens się rozmywa, a jeśli pojawia się w zbyt wielu kontekstach, to bywa, że w końcu ląduje w dowcipach i żartach słownych. „Ogłaszamy narodowe dobranoc” – ironicznie pożegnał się z przyjaciółmi użytkownik Facebooka. Bo tak to już jest: im wyżej stoi nadużywane słowo, im jest bardziej wzniosłe, tym boleśniejszy jest jego upadek.

Słów zdegradowanych przez nadmierne używanie jest bez liku! Festiwal (pierogów), premiera (drukarki), ikona (stylu), dedykowany (do czegoś), kultowy (popularny), galeria (wypieków), trauma (Marcina na obiedzie u teściowej) i wiele, wiele innych. A teraz podobny los czeka piękny skądinąd przymiotnik narodowy, bo wszystko w Polsce musi być narodowe! Mamy więc Narodowy Bank Polski, Narodowy Fundusz Zdrowia, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Forum Muzyki, Narodowe Centrum Kultury, Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Narodowy Instytut Wolności, Narodowy Korpus Języka Polskiego, Stadion Narodowy, Parki Narodowe, Muzea Narodowe, Teatry Narodowe, Narodowa Opera. I jeszcze Narodowa Baza Talentów i Narodowa Orkiestra Dęta. A, i Narodowe Czytanie. Uff!  A to zapewne nie wszystkie narodowe przykłady.

Z większością tych nazw się oswoiliśmy, zwłaszcza że na co dzień używa się ich w formie skrótowców: NBP, NFZ, NCN, NCK itp. Nie spodziewałam się jednak (a nie jestem w swojej reakcji odosobniona), że można nazwać narodowym naprędce zbudowany szpital, który faktycznie jest szpitalem tymczasowym. Staram się zrozumieć pomysłodawców nazwy, dlatego sądzę, że ta słowna wybujałość może mieć związek z nazwą Stadionu Narodowego, na którym szpital tymczasowy jest umiejscowiony.

A że szpital narodowy już się nam osłuchał, to mamy kolejną niespodziankę: narodową kwarantannę! Ta nazwa jest nie tylko niefortunna, ale wręcz irytująca, a nawet komiczna! – Narodowa kwarantanna, durniejszą nazwę trudno wymyślić! – grzmi pisarz Mariusz Szczygieł. – Czy jeśli ktoś nie jest członkiem naszego narodu, nie obowiązują go jej przepisy? Czy nie obowiązuje ona ukraińskich imigrantów? Czym się różni kwarantanna narodowa od powszechnej? Czy mamy wywiesić flagi biało-czerwone i one odstraszą wirusa? – pyta poirytowany.

Sama zadaję sobie podobne pytania, bo nie wiem, na czym polega wyższość narodowej kwarantanny nad kwarantanną społeczną albo powszechną. Wolę społeczną, która odwołuje się do staropolskiego społem ‘razem, wspólnie’, tworzy rodzinę wyrazów ze słowami pospołu, wspólnie, wspólnik, wspólnota, spółka, a także pospolity, który pierwotnie znaczył ‘stanowiący ogół, służący ogółowi’. Społeczny jest słowem znacznie trafniejszym w czasach, gdy ważna jest wspólnota działania, wspólna wzajemna troska, gdy pospołu musimy walczyć z zagrożeniem.

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę moim Czytelnikom – trochę tautologicznie –poczucia społecznej wspólnoty, potrzebnej nam jak nigdy dotąd.

18.12.2020

Posiadać

Ze skruchą przyznaję, że nie lubię tytułowego czasownika posiadać i gdzie tylko mogę, to zamieniam go na neutralne słowo mieć. Bo mieć jest stosowne we wszystkich kontekstach, a posiadać tylko w niektórych.

Mieć w swoim podstawowym znaczeniu jest synonimem słowa posiadać: ‘być właścicielem, użytkownikiem lub dysponentem czegoś’. Jednak między tymi wyrazami nie zachodzą relacje symetryczne, a posiadać nie jest prostym odpowiednikiem słowa mieć. Wspólny dla obu słów sens: ‘mieć coś na własność’ jest w znaczeniu czasownika posiadać uszczegółowiony: ‘być właścicielem czegoś, zwykle mającego dużą wartość materialną’. Mieć zatem można wszystko, a posiadać tylko coś dużego, ważnego, wartościowego: duży majątek, bogactwa naturalne itp. Słowo posiadać jest niepoprawne w połączeniu z nazwami rzeczy drobnych oraz z podmiotem nieżywotnym. Nie można więc „posiadać brody”, nie można „posiadać biletu”, przedmiot nie może „posiadać wymiarów”.

Trzeba pamiętać, że czasownik posiadać jest stylistycznie ograniczony, należy do stylu oficjalnego, a w słownikach opatrzony jest kwalifikatorem „słowo książkowe”. Jego użycie jest właściwe w tekstach oficjalnych. Zżymamy się, gdy w urzędowym opisie poszukiwanego mężczyzny trafiamy na sformułowanie: Poszukiwany posiada brodę i wąsy, bo jest ono sprzeczne z przytoczonymi wyżej zasadami. Jednak rozumiemy intencję piszącego, ponieważ obecność słowa posiadać przenosi tekst z poziomu polszczyzny potocznej na poziom urzędowy. Mówiąc żartobliwie, w tekstach urzędowych częściej można coś posiadać, podczas gdy w tekstach potocznych trzeba to coś po prostu mieć.

Wiele osób zadaje pytanie, czy można posiadać wiedzę? To zależy od jej rozległości. Wielki słownik poprawnej polszczyzny PWN aprobuje połączenie posiadać wiedzę i ilustruje je takim przykładem: Profesor posiada rozległą wiedzę z zakresu chorób płuc. W tym kontekście posiadać ma związek z czymś cennym i wartościowym. Niefortunne jest natomiast używane przez polityków sformułowanie: Nie posiadam wiedzy na ten temat, bo nie tylko „nie mają wiedzy”, co również jest wyrażeniem karkołomnym, lecz także mylą wiedzę z informacją. Znacznie lepiej brzmi zdanie: Nie wiem albo: Nie mam żadnych informacji. Im prościej i naturalniej się wypowiadamy, tym lepiej i dla  mówiących, i dla słuchających.

Tak więc czasownik mieć ma nad czasownikiem posiadać tę przewagę, że jest neutralny, nienacechowany i wspólny dla wszystkich odmian polszczyzny, podczas gdy posiadać jest ograniczone do tekstów o charakterze oficjalnym. Ale posiadać ma coś, czego nie ma mieć. Można mianowicie utworzyć od niego rzeczownik odczasownikowy, np. zezwolenie na posiadanie broni, imiesłów bierny, np. posiadane kwalifikacje zawodowe, można też być w posiadaniu czegoś.

Chodzi mi więc nie tyle o ograniczenie obecności czasownika posiadać, ile o wskazanie właściwych dla niego miejsc.

Używamy plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość. Kontynuując korzystanie z naszej strony, zgadzasz się z naszą polityką dotyczącą plików typu cookies.