Językowa corrida

04.11.2020

Dodatkowo, tym bardziej, co więcej

Choć świat wokół nas wrze, to przecinki w każdym zdaniu muszą stać we właściwym miejscu. Upomina się o nie mój dawny student, teraz prawnik. W komentarzu pod kurierowym felietonem pisze tak:

„Do puryzmu językowego bardzo mi daleko, ale czy mogłaby Pani Profesor rozwiać moje wątpliwości dotyczące stawiania przecinka w zdaniu, które rozpoczynamy słowem/zwrotem: dodatkowo, tym bardziej, co więcej, ponadto, następnie, in fine, należy również? Odpowiedź pomogłaby mi w pisaniu pism urzędowych. Bardzo cenię Pani felietony, które już wielokrotnie rozwiały moje wątpliwości, a na zajęcia z kultury języka polskiego, prowadzone przez Panią, chodziłem z wielkim zapałem”.

O, i w tym właśnie tkwi tajemnica wszelkiej wiedzy: w zapale do nauki (również w chodzeniu na wykłady), a także w licznych wątpliwościach skłaniających do stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Zaniepokoiło mnie jednak w komentarzu sformułowanie, że „do puryzmu językowego bardzo mi daleko”. Stawianie przecinków nie jest przejawem puryzmu, czyli przesadnej troski o czystość języka, tylko chęcią sprostania wymogom dobrego stylu. A podstawą dobrego stylu jest jasność zapewniająca zrozumienie tekstu. Można ją osiągnąć, poprawnie budując zdania, którym sens, oprócz właściwie dobranych słów, nadają także przecinki. Autorom tekstów pomoże nie tylko słownik interpunkcyjny, lecz także wrażliwe ucho. Dobrze zbudowane zdanie powinno brzmieć jak melodia, przecinki zaś to miejsca, w których – nucąc – łapiemy oddech.

Pytanie pana prawnika dotyczy rozpoczynających zdanie konkretnych wyrażeń, które mogą pełnić różne funkcje. Przysłówki dodatkowo, następnie wchodzą w związki składniowe z innymi wyrazami, dlatego nie wymagają oddzielania przecinkiem: Dodatkowo wziął na siebie rolę wykładowcy; Następnie każdą część dzielimy na mniejsze części. Nie wymaga tego także partykuła ponadto: Ponadto obciążony majątek był zdewastowany. Przecinkiem nie oddzielamy też sformułowania należy również, które można zastąpić wyrażeniem trzeba również albo wypada również: Należy również stwierdzić, że nastąpiła poprawa stanu zdrowia pacjenta. Także sformułowanie tym bardziej, stojące na początku zdania, nie wymaga oddzielenia przecinkiem: Tym bardziej trzeba zwrócić uwagę na rzetelność informacji.

Inaczej jest z partykułą co więcej, która nie wchodzi z innymi wyrazami w związki składniowe, podobnie jak wyrażenie mało tego, dlatego oddzielamy je od innych słów przecinkiem: Nie mam telewizora. Co więcej, nie mam też komputera. Wyrażenie co więcej jest stosowne w tekstach urzędowych, natomiast wyrażenie mało tego jest właściwe dla tekstów potocznych.

O łacińskim wyrażeniu in fine ‘na końcu, w końcowej części’ wypowiem się z ostrożnością, gdyż należy ono do profesjonalnych zwrotów prawniczych. W potocznych tekstach wyrażenie w końcu rozpoczynające zdanie nie wymaga przecinka.

Jak osiągnąć sprawność interpunkcyjną? Moja rada jest taka: głośno czytajmy napisane zdania i słuchajmy, czy dobrze brzmią. Jeśli coś w nich zgrzyta, coś w nich „nie gra”, to albo brakuje przecinków, albo jest ich za dużo. A ma być w sam raz. Ma grać!

20.01.2020

Ukryta opcja angielska

Ten żartobliwy tytuł, będący aluzją do wypowiedzi znanego polityka sugerującego tajemny niemiecki wpływ na polską rzeczywistość, pasuje do tematu felietonu. Wpływ języka angielskiego na polszczyznę jest bowiem niezaprzeczalny. Mamy we wspólnym zasobie słownym dużo nowych angielskich sformułowań dotyczących prawie wszystkich obszarów życia.

Zapożyczenia wyrazowe rozpoznajemy od razu: smog, spam, tost, zoom, nick, pub, skaner, fitness, legginsy, celebryta, broker, jogging, pendrive, online, mainstream, coming out, e-mail, public relations, science fiction, fast food, last minute, all inclusive, talk-show, no problem, event, wow! i wiele, naprawdę wiele innych. Używamy ich chętnie, bo są obce (a obce lubimy), a ponadto wypełniają lukę w polszczyźnie, bo nazywają nowe zjawiska, nowe obiekty zmieniające naszą rzeczywistość.

Jednakże wpływy angielskie idą znacznie dalej i nie zawsze są tak oczywiste. Jest bowiem w nowym słownictwie sporo anglicyzmów ukrytych. Są to różnego typu kalki, czyli wyrazy, związki wyrazowe, znaczenia słów kopiujące budowę bądź sens wyrażeń angielskich. Na przykład popularyzujące się kalki frazeologiczne: białe kołnierzyki, szklany sufit, czerwony dywan, miękkie umiejętności, sztuczna inteligencja, dane wrażliwe, pierwsza dama, czarny piątek. Są i inne, nieco zmienione w stosunku do pierwowzoru: czynnik ludzki, zasoby ludzkie, wakacje podatkowe, inteligencja emocjonalna, katastrofa humanitarna, klasa średnia, kultura popularna, skazany na sukces, poprawny politycznie, przyjazny dla środowiska.

Angielskie pochodzenie mają bliskie nam określenia związane z terminologią komputerową: chmura, wirus, ciasteczka, mysz (myszka), okno, tapeta, skórka, strumień ‘przepływ danych’, aplikacja ‘program komputerowy’, ściągnąć ‘pobierać dane’, ćwierkać ‘przesyłać wiadomości na Twitterze’. Obce z pochodzenia są też sformułowania: dawać kopa ‘dodawać energii’, mapa drogowa ‘plan działania’, szybka piłka ‘szybka decyzja, szybka riposta’, przypudrować sobie nos ‘wciągać narkotyk’.

Nieco słabiej rozpoznajemy wpływ języka angielskiego w wyrazach, których często używamy, a które niepostrzeżenie zmieniają swój sens. Nominacja w tradycyjnym znaczeniu to ‘mianowanie, powołanie na stanowisko na ambasadora, dyrektora, profesora’ albo ‘akt administracyjny, pismo powołujące na stanowisko’. Pod wpływem angielszczyzny używamy tego słowa, gdy chcemy kogoś do czegoś wytypować, zgłosić do nagrody, wyróżnić, ale też i ukarać, jak się to dzieje w różnych programach reality show. Kalką angielską jest ulubione przez Polaków słówko dokładnie, używane zamiast właśnie, słusznie, rzeczywiście itp.

Czy taki intensywny wpływ angielszczyzny na język polski jest zjawiskiem negatywnym? Ja tu większych zagrożeń nie widzę. Wiele z tych słów to internacjonalizmy, słowa  międzynarodowe, ułatwiające porozumiewanie. Inne to cenne nabytki, wzbogacające rodzimy zasób słowny. A te, które są zbyteczne, wkrótce znikną z naszego słownika.

13.11.2020

Anna Kiszczanka Radziwiłłowa

               Jeden z czytelników moich felietonów ma wątpliwości, czy nie zanadto upraszczam sprawę gramatyki nazwisk. Ma na myśli zanikanie żeńskich form nazwiskowych. Pisze o tym tak: „W rodzaju męskim – mniejszy problem, w żeńskim – znacznie większy. Archaiczne formy zakończone na -owa, -ówna odeszły w zapomnienie. Ja swoje nazwisko zakończone na –icz każę odmieniać, moja żona nie. Czy nie należy do odmiany nazwisk dopisać zasady pewnej dowolności, jak w nazwach  miejscowych?”.

            Nie wiem, co czytelnik ma na myśli, gdy mówi o „zasadach pewnej dowolności”. Reguły odmiany nazw osobowych i nazw miejscowych wyznacza gramatyka i nie da się ich traktować dowolnie. Chyba tylko nazwiska mężczyzn zakończone na –o i na –e można traktować swobodniej, czyli albo je odmieniać, albo ich nie odmieniać. Jeśli ich nie odmieniamy, to zawsze musimy je połączyć z odmienionym imieniem bądź innym rzeczownikiem. Można na przykład mówić o Zbigniewie Ziobrze i o Zbigniewie Ziobro. Można nie lubić Jana Sztetkego albo Jana Sztetke. Wszystkie inne zasady są niewzruszone. A nazwiska kobiet zakończone inaczej niż na -a są nieodmienne.

 Być może w sugestii, by z większą dowolnością traktować nazwiska kobiet, chodzi o tworzenie form odmężowskich, jak Borowiczowa, Zarębina i odojcowskich, jak Borowiczówna, Zarębianka. Faktycznie, żony i córki mogą dziś zadecydować, której formy będą używać. Od ich wyboru zależy, czy nazwisko będzie tylko nazwą osobową, czy też będzie dodatkowo wskazywać na relacje z mężczyzną, od którego je przyjmują. Cząstki -owa, -ina tworzą bowiem nazwiska żon, a cząstki -ówna, –anka nazwiska córek.

W przeszłości takie formy nazwisk były obowiązkowe, a zamężna kobieta mogła jednocześnie nosić dwa nazwiska, i odojcowskie, i odmężowskie, np. księżna Anna Kiszczanka Radziwiłłowa. Ponadto nazwiska kobiet zakończone na -ówna i -anka informowały nie tylko o tym, że ich właścicielka jest córką, lecz także o tym, że jest panną.   

Współcześnie kobiety nie chcą informować o swoim stanie cywilnym, zwłaszcza że możliwości polszczyzny są w tym względzie asymetryczne. Nie mamy w zasobie słowotwórczym współczesnego języka polskiego takiej cząstki wyrazowej, która przekazywałaby informację o stanie cywilnym mężczyzny, o tym, że jest mężem albo synem. Niegdyś byliśmy bogatsi o cząstkę –ic, -icz (-ewicz), tworzącą nazwy synów: starościc, królewicz, carewicz, i nazwiska synów: Sirakowic – syn Siraka. Dziś ta cząstka patronimiczna (odojcowska) jest już zupełnie – jak mówią językoznawcy – nieproduktywna.  

Zatem, nawiązując do wątpliwości mojego korespondenta, muszę stwierdzić, że rzeczywiście, w kwestii wyboru formy nazwisk kobiet istnieje pewna dowolność. Ale tylko do kobiety należy decyzja, jaką formą nazwiskową będzie się określać. I trzeba jej wybór uszanować.

06.11.2020

Taktownie i stosownie

Przeciwwagą dla rozprzestrzeniającej się agresji słownej jest uważność i językowa delikatność. Osiągniemy ją, jeśli będziemy starannie dobierać słowa i kierować się zasadą poszanowania godności partnera rozmowy.

W tym duchu powstają różnorodne dokumenty, dekalogi, poradniki i rekomendacje, których autorzy kładą nacisk na przemyślany dobór słów, gdy mowa o różnych osobach czy grupach osób. Chodzi o to, by ich nie urazić i nie dyskryminować niefortunnym słowem. Skoro bowiem język jest głównym narzędziem kształtowania postaw wobec świata, to słowa, których użyjemy, mogą kreować zachowania społeczne, utrwalać postawę wobec postrzeganych zjawisk.

Wszystkie porady dotyczące mówienia o innych osobach można ująć w jednym zaleceniu: w rozmowie z drugim człowiekiem kierujmy się empatią. Mimo to czasem pojawiają się wątpliwości, czy można użyć jakiegoś słowa, by nie urazić rozmówcy. Pytanie w tym duchu zadała mi moja studentka: Czy możemy osobie niewidzącej powiedzieć: do widzenia? Czy możemy osobie jeżdżącej na wózku powiedzieć: podejdź tu

Myślę, że w obu sytuacjach możemy tak powiedzieć, ponieważ sformułowania te są w pewnym sensie uniwersalne. Do widzenia to formuła sygnalizująca grzeczne zakończenie kontaktu. Używamy jej nie tylko w rozmowie bezpośredniej, twarzą w twarz, lecz także w rozmowie telefonicznej, w której się nie widzimy i być może nigdy nie zobaczymy, albo wychodząc z windy w jakimś biurze, z przypadkowego sklepu, z banku, z przedziału w pociągu. Znaczenie słowa: widzenie w formule: do widzenia już się w gruncie rzeczy zatarło, dlatego często niejako podwajamy sens i mówimy: Do widzenia, do zobaczenia. W tym zdublowanym zwrocie pierwszy człon: do widzenia jest konwencjonalną formułą grzecznościową, drugi: do zobaczenia jest bardziej dosłowny, sygnalizujący możliwość ponownego spotkania. Zatem – każdej osobie, bez względu na jej życiową sytuację możemy powiedzieć: do widzenia, tym bardziej że nie mamy innych neutralnych słów na pożegnanie.

Słowo podejść ma inny charakter, choć z formułą do widzenia łączy go możliwość użycia w wielu kontekstach i sytuacjach. W jego podstawowym znaczeniu jest uwypuklony element przemieszczania się; podejść to ‘posunąć się, pójść (iść) w jakimś kierunku, zbliżyć się do kogoś lub czegoś’. Mam znajomego, który zawsze mówi, że może do mnie po coś podejść, choć wiem, że jeździ samochodem. O statku też się mówi, że podchodzi do nabrzeża, o samolocie, że podchodzi do lądowania, o studentach, że podchodzą do egzaminu. Czasownik podejść przede wszystkim akcentuje zbliżanie się do celu, dlatego śmiało można go użyć w sytuacji, o której wyżej wspomniałam.

To dobrze, że ludzie zadają sobie pytania o stosowność słów. Stosowość, zwana inaczej taktem retorycznym, jest podstawową zasadą językowej fortunności. Obyśmy stawiali sobie więcej takich pytań.

30.10.2020

Potęga słów

Nie trzeba być badaczem języka, by dostrzec, że wulgaryzuje się nasz język prywatny i język publiczny i że wulgaryzujemy się my, jego użytkownicy i właściciele. Być może stawiamy sobie i innym coraz mniejsze wymagania, być może jednak mamy coraz więcej powodów, by używać słów grubych i mocnych. 

Rzecz jasna, jest wiele osób, które nigdy nie użyły słowa wulgarnego, ale – przyznajmy – stanowią one mniejszość. Większość Polek i Polaków nie ma oporów, by od czasu do czasu albo stale wzmacniać wypowiedzi wulgarnym słowem.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele: nasza „dusza sarmacka”, skłonna do rubasznego humoru, do sprośnego żartu, do erotyczno-fizjologicznych dowcipów.  Nasze poczucie wolności, bo skoro jest wolność słowa, to możemy po swojemu wyrażać własne myśli i poglądy. Nasze  przekonanie, że „mocne” mówienie, swoboda językowa czynią z nas „równego gościa” i „przebojową babkę” (a raczej „laskę”). Nasza potrzeba rozładowania emocji, zwłaszcza agresji, gniewu, wściekłości, sądzimy bowiem, że słowa wulgarne wzmacniają argumenty, wyrażają poglądy, wymuszają posłuszeństwo. 

Gdy słów wulgarnych używają pojedynczy ludzie, to ważą one trochę mniej. Ot, myślimy sobie, ktoś się zdenerwował, ktoś zażartował, a ktoś inny jest po prostu językowym prymitywem i inaczej swoich myśli wyrazić nie umie. Gdy jednak wulgarne słowa wydobywają się z gardeł zbiorowości, to nabierają innej wagi. Przełamując kulturowe i obyczajowe tabu, dają wspólnocie poczucie siły, poczucie mocy. Wiedzą to ci, którzy chodzą na mecze piłki nożnej, podczas których walczą ze sobą nie tylko zawodnicy, ale i kibice obu drużyn. Słowa wulgarne są obecne w większości stadionowych okrzyków i przyśpiewek. A kiedy z tysiąca gardeł wyrywają się słowa zakazane, to – jak mówi młodzież – ciary idą…

Te stadionowe wulgaryzmy to nie tylko efekt prostackiej mowy, lecz także celowego działania. Zbiorowo wykrzykiwane inwektywy, choć są rażąco sprzeczne z normą społeczną zakazującą publicznego używania słów obraźliwych, to jednak łączą wspólnotę, a obrażanych izolują, wykluczają, stawiają poza społecznością. Pogróżki i przekleństwa pod adresem „wroga” dają poczucie bezkarności i siły.

Podobnie słowa wulgarne działają w innych masowych wydarzeniach: na marszach, manifestacjach, protestach. W zasadzie przyzwyczailiśmy się do wulgarności podczas marszów niepodległości, zdominowanych przez mężczyzn. Czas się chyba przyzwyczaić do mocnych słów padających z ust kobiet, mających wszak takie same prawa. Nie odbieram wulgarnych haseł na protestach kobiet jako przejawu prymitywnej mowy, postrzegam je raczej jako wyraz rozpaczy, gniewu i… mocy! Tak, słowa te dziwią, zaskakują, gorszą, ale budzą strach i dają siłę. Są potężne! Nie da się ich nie usłyszeć, nie da się ich zignorować!

Czy ja tu – zapytają Państwo – propaguję używanie wulgaryzmów? Absolutnie nie! Czy rozumiem przyczyny obecności mocnych słów i na stadionach, i na ulicznych protestach? Zdecydowanie tak! I chciałabym, żeby moi czytelnicy także to zrozumieli. 

23.10.2020

Nazwiska dwuczłonowe

Gdybym powiedziała, że gramatyka nazwisk jest naszym największym językowym problemem, to bym się zbytnio nie pomyliła. Dla wielu Polaków jest ona trudna głównie ze względów emocjonalnych: bo tradycja rodzinna nie pozwala nazwisk odmieniać, bo ich formy gramatyczne „źle brzmią” itp. Jednak większość z nas po prostu gubi się w skomplikowanych regułach odmiany. Nie ma co ukrywać, nie są łatwe, dlatego zachęcamy do zadawania pytań i zaglądania do słowników. Albo do czytania felietonów.

Odmiana nazwisk dwuczłonowych jest trudna podwójnie, bo zwykle do każdego członu musimy dobrać inny wzór odmiany. Lepiej radzimy sobie z nazwiskami kobiet, ponieważ ich nazwiska zakończone inaczej niż na spółgłoskę –a po prostu się nie odmieniają. Pani Dziemianowicz-Bąk swego nazwiska wcale nie odmienia, panie Resich-Modlińska i Kowalska-Nowak odmieniają tylko człon zakończony na –a, a pani Kidawa-Błońska deklinuje (czyli odmienia przed przypadki) całe swoje nazwisko.  

Trochę bardziej skomplikowana jest gramatyka dwuczłonowych nazwisk mężczyzn, które są połączeniem właściwego nazwiska z dawnym przydomkiem, herbem szlacheckim, zawołaniem bojowym bądź pseudonimem. W tych nazwiskach regułom odmiany w zasadzie podlegają oba człony. Piszę „w zasadzie”, gdyż w normie wzorcowej zaleca się nieodmienianie nazwy herbu i zawołania bojowego. Przykładem nazwisk z takimi historycznymi elementami jest Korwin-Szymanowski i Pobóg-Malinowski. Wzorcowa postać dopełniacza to: Korwin-Szymanowskiego, Pobóg-Malinowskiego.

W praktyce jednak znacznie częściej odmianie podlegają oba człony z dwóch istotnych powodów. Pierwszy wynika z naturalnej potrzeby użycia form gramatycznych, odmienność słów jest bowiem istotą polszczyzny. Drugi powód ma związek z zanikaniem wiedzy historycznej, ponieważ współcześnie niewiele osób potrafi odróżnić herb od pseudonimu. Z tego powodu akceptowane są oba sposoby odmiany: Pobóg-Malinowskiego i Poboga-Malinowskiego, Pobóg-Malinowskiemu i Pobogowi-Malinowskiemu.

Z członem Korwin jesteśmy bardziej oswojeni z powodu aktywności politycznej pana Korwin-Mikkego. Gdybyśmy chcieli pozostać w zgodzie z normą wzorcową, to odmienialibyśmy tylko drugi człon nazwiska: Korwin-Mikkego, Korwin-Mikkemu. Jednak nazwisko Mikke, zakończone na –e, też jest trudne gramatycznie, więc norma polszczyzny akceptuje pozostawianie go w mianownikowej formie. Można zatem nie odmieniać żadnego członu, byleby nazwisku towarzyszył odmieniony jakiś inny rzeczownik: imię, stanowisko itp. Jednak dusza fleksyjna Polaka protestuje przeciwko takiemu gramatycznemu unieruchamianiu dwóch elementów nazwiska, więc w praktyce zwykle się mówi o Korwinie-Mikke albo – rzadziej – o Korwinie-Mikkem.

Gdy się pojawią wątpliwości, zawsze warto napisać do poradni językowej albo zajrzeć do słowników. Polecam Słownik nazw własnych Jana Grzeni wydany przez Wydawnictwo Naukowe PWN. 

16.10.2020

Z panią sędzią

W jednej z niedawnych publicznych wypowiedzi przedstawiciela środowiska prawniczego mogliśmy usłyszeć nietypowe połączenie dwóch form gramatycznych: Dokument został sporządzony przez panią sędziego. Językowi wrażliwcy natychmiast zwrócili się do nas z pytaniem, czy to pomyłka, czy może zamierzone działanie słowne.

Zacznijmy od stwierdzenia, że odmiana nazwy sędzia jest historycznie skomplikowana. Choć ma rodzaj męski, to odmienia się jak rzeczownik rodzaju żeńskiego: dopełniacz: sędzi, celownik: sędzi, biernik: sędzię, narzędnik: sędzią, miejscownik: o sędzi. Współcześnie jednak większość z nich to formy przestarzałe, ponieważ w dopełniaczu, celowniku, bierniku i miejscowniku rzeczownik sędzia odmienia się jak przymiotnik: sędziego, sędziemu, sędziego, o sędzim. O tej nietypowej odmianie tak pisał przed laty profesor Witold Doroszewski: „Wyraz sędzia dlatego się wykoleił w swojej odmianie, (…) że uległ wpływowi takich wyrazów z języka prawniczego odmienianych przymiotnikowo, jak podkomorzy, wojski, woźny”.

Historia form gramatycznych nie ma dziś dla nas znaczenia, w odniesieniu do mężczyzn zadowala nas odmiana mieszana, rzeczownikowo-przymiotnikowa: sędzia, sędziego, sędziemu, sędziego, z sędzią, o sędzi (rzadziej: sędzim). W rodzaju żeńskim odmiana jest jeszcze łatwiejsza, bo nic się w niej nie miesza: M. (pani) sędzia, D. sędzi, C. sędzi, B. sędzię, N. sędzią, Msc. o sędzi. W liczbie mnogiej obu rodzajów rzeczowniki męskie różnią się od żeńskich tylko formą mianownika: panowie sędziowiepanie sędzie, i dopełniacza: panów sędziów, pań sędzi.

 Ażeby wyraz sędzia komunikował także rodzaj gramatyczny, zaczęto stosować formę żeńską: sędzina, która jednak nie zyskała powszechnej aprobaty. Jednym kojarzyła się ze znaczeniem, jakie niosą wyrazy zakończone na –ina: gaździna, Zarębina, czyli żona gazdy, Zaręby. Inni uznawali tę formę za zbyt potoczną, niedopuszczalną w języku oficjalnym. 

Skąd się jednak wzięła nietypowa konstrukcja męsko-żeńska: pani sędziego, pani sędziemu, której użył wypowiadający sie prawnik? Być może język prawników konserwuje starsze formy wyrazowe. W latach trzydziestych XX wieku feminatywa, czyli żeńskie nazwy, uważano za rzecz naturalną. „Można się dziwić – pisał profesor Kazimierz Nitsch – że się nie przyjęła tak naturalna, zdawałoby się, doktorka, ale stało się (…). Słusznie jednak podkreśla się jej jedyność w nieodmienności: z panią doktor, ale z panią magistrem, panią referendarzem, mówię o pani prezesie, a nie o pani prezes, co by brzmiało wulgarnie”. Formy z panią ministrem faktycznie były w użyciu, o czym świadczy film „Pani minister tańczy” z 1937 r. ze słynnym zdaniem: Pani ministrowi puściło oczko w pończosze¸ dziś przyjmowanym humorystycznie.

Dylematy gramatyczne dotyczą też innych nazw odnoszących się do kobiet, na przykład formy liczby mnogiej: panie senatorzy, która może być echem dawnego zwyczaju językowego. Jeśli gdzieś jeszcze można się na takie formy natknąć, to tylko w odmianach bardziej sformalizowanych, na przykład w języku prawników. Ale i tam chyba nie są zbyt rozpowszechnione.

09.10.2020

O estetyce nazwisk

Wiele osób, broniąc się przed innymi niż mianownik formami swoich nazwisk, odwołuje się do estetycznej strony ich brzmienia. „Jak to okropnie brzmi!” mówi pani Mucha i pan Kozieł, gdy słyszą, że ktoś mówi o pani Musze i o panu Koziele. „Mam kolegę, którego nazwisko kończy się na -ko – pisze czytelnik w komentarzu do mojego ostatniego felietonu – i kiedy je odmieniam, on protestuje i mnie poprawia. Fakt, że nazwisko brzmi wtedy dość podejrzanie, ale trudno – takie Bozia dała. Ziobro też w odmianie nie brzmi pięknie”.

            To, czy jakaś forma słowna brzmi pięknie czy okropnie, jest najczęściej naszym subiektywnym odczuciem. Jako miłe dla ucha odbieramy słowa poprawnie i starannie wymawiane, „niezgrzytliwe”, albo takie, które nie zawierają jakichś nietypowych dźwięków. Użytkownik polszczyzny ogólnej zwykle nie akceptuje gwarowych form zawierających połączenia ke, ge, np. kedy, ogeń, bo „okropnie brzmią!”. Być może z tego powodu woli nie odmieniać nazwisk zakończonych na -e, które w połączeniu z przymiotnikową końcówką tworzą takie właśnie dźwięki: Dalke – Dalkego, Dalkemu, Lange – Langego, Langemu.

Dla wielu właścicieli nazwisk zakończonych na -eł, -oł, tożsamych z rzeczownikami pospolitymi, formy gramatyczne brzmią „fatalnie”. W takich bowiem nazwiskach jak Kozieł, Orzeł, Kocioł, nie zachodzą wymiany głoskowe charakterystyczne dla rzeczowników pospolitych, dlatego mówimy o Koziele, Orzele, Kociole. Formy tożsame z nazwami pospolitymi: o Koźle, Orle, Kotle, są dopuszczalne, jednak uchodzą za mniej staranne. Tylko w nazwiskach jednosylabowych nie ma takiej możliwości, trzeba więc mówić o panu Dąbie, Wążu, Mechu.

Czy te wszystkie formy nazwiskowe źle brzmią? W moim odczuciu absolutnie nie, pewnie dlatego, że ich często używam. I w tym właśnie tkwi cała tajemnica: nieużywane – są „dziwne”, „śmieszne”, „okropne”. Używane – tracą nacechowanie, stają się neutralne, nasze.

Myślę, że niechęć do poddawania nazwisk regułom gramatycznym tkwi głównie w niewiedzy albo w braku językowej wrażliwości. Można zrozumieć urzędnika, że w trosce o precyzję i jednoznaczność komunikatu rezygnuje z form gramatycznych nazwisk. Trudno jednak zrozumieć księdza, który w komunikatach do swoich wiernych nie odmienia ich nazwisk. Pisze o tym także komentator mojego felietonu: „W kościołach nastała wiele lat temu moda na nieodmienianie nazwisk. I kiedy ksiądz odczytuje intencję mszalną, to mówi: Modlić się będziemy za dusze świętej pamięci Antoniego Rygiel, Beaty Wesoła i wszystkich zmarłych z rodziny Piątek, Kowalski i Geblewicz. To jest tak powszechne, że dopuszczam nawet możliwość jakiegoś odgórnego nakazu, do którego księża muszą się stosować”.  

Nie sądzę, by istniała jakaś odgórna dyrektywa, myślę, że wielu księży spełnia po prostu życzenie swoich parafian. Mówił o tym także prof. Jan Miodek: „Ja się raz na kolędzie zapytałem księdza, dlaczego to tak wygląda w kościele. Proboszcz mi odpowiedział, że ludzie się obrażają, jak nazwiska są odmienione. No, ja tego pojąć nie mogę!”.

Ja też tego nie mogę pojąć, a wszystkim gramatycznym sceptykom dedykuję powtarzany od dawna aforyzm: „Jesteś właścicielem swojego nazwiska tylko w mianowniku, pozostałymi przypadkami rządzi gramatyka”.

02.10.2020

Dusza fleksyjna

Obserwatorzy życia politycznego zapewne zauważyli, że współpracownicy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, a także niektórzy dziennikarze,  nie odmieniają jego nazwiska. To trochę zaskakujące, wszak przez lata obecności pana Ziobry w polskiej polityce można było się już przyzwyczaić do tych łatwych w gruncie rzeczy form gramatycznych.

Na ów przykry dla miłośnika polszczyzny fakt zwrócił także uwagę Michał Rusinek w cotygodniowym felietonie w „Wysokich Obcasach”: „Przy okazji tych dyskusji częściej niż zwykle pojawiało się w mediach nazwisko Zbigniewa Ziobry, niestety często niedeklinowane. Jako gorący orędownik deklinowania nazwisk — ubolewam jeszcze bardziej, gdy dziennikarze mówią np. o partii Zbigniewa Ziobro. Ziobro się deklinuje jak — nie przymierzając — Kościuszko. Pomyślcie, drodzy dziennikarze i dziennikarki, jak by to brzmiało, gdybyście mówili o insurekcji Tadeusza Kościuszko”.

Rzecz charakterystyczna: użytkownicy polszczyzny nie podważają konieczności deklinowania, czyli stawiania w zdaniu wyrazów w różnych formach gramatycznych, ale dla nazwisk robią wyjątek. Powody są zwykle prozaiczne: deklinacja nazwisk jest skomplikowana, a opanowanie złożonych zasad odmiany dość trudne. Jednak nie ma co się poddawać i iść na łatwiznę! Umiejętność odmiany nazwisk jest znakiem wyższej kultury języka! Więc zaglądajmy do słowników, pytajmy ekspertów i odmieniajmy, odmieniajmy!

Nazwiska zakończone na samogłoskę –o, takie jak Ziobro czy Legutko, są łatwe w odmianie, ponieważ odnoszą się do nich te same zasady co do nazwisk zakończonych na –a. I jedne, i drugie odmieniają się tak jak rzeczowniki żeńskie. Swoim studentom podpowiadam, by dopasowywali formy gramatyczne do takich wyrazów, jak kobieta i dziewczynka. Pierwsze nazwisko odmienia się tak: ZiobroZiobry (kobiet-y), Ziobrze (kobieci-e), Ziobrę (kobiet-ę), Ziobrą (kobiet-ą), o Ziobrze (o kobieci-e). Drugie podobnie: Legutko (dziewczynka), Legutki (dziewczynk-i), Legutce (dziewczync-e), Legutkę (dziewczynk-ę), Legutką (dziewczynk-ą), o Legutce (o dziewczync-e).

Być może z powodu zbieżności reguł odmiany nazwisk zakończonych na –o i na –a (np. DulębaWieruszka), norma polszczyzny dopuszcza nieodmienność tych pierwszych, jeśli towarzyszą im inne odmienione wyrazy. Można mówić o Zbigniewie Ziobro czy o Ryszardzie Legutko, jednak takie formy mają nacechowanie urzędowe, więc w wypowiedziach ustnych lepiej ich unikać. Ponadto można w słuchających wzbudzić słuszne podejrzenie, że nie radzimy sobie z gramatyką. A nazwiska znanych polityków da się wykorzystać także w celach edukacyjnych, co sugeruje prof. Mirosław Bańko w poradni językowej PWN: „Popularność pewnych postaci może przyczynić się do popularyzowania wiedzy o odmianie niektórych typów nazwisk”.

Więc choć współpracownicy Zbigniewa Ziobry nie popełnili błędu, nie odmieniając jego nazwiska, to jednak sprzeniewierzyli się duchowi polszczyzny. Wszak – jak twierdzi prof. Jerzy Bralczyk – „nieodmienianie jest tłamszeniem duszy fleksyjnej Polaka. Bo dusza fleksyjna w każdym Słowianinie tkwi”.

11.09.2020

Zrozumienie i empatia

Od kilku tygodni opinią społeczną targają emocje związane ze słowem Murzyn. Jedni bronią jego obecności w polszczyźnie, powołując się na tradycję, drudzy sądzą, że można zrezygnować z używania tego określenia w stosunku do ludzi, zwłaszcza że Polacy o ciemnym kolorze skóry odbierają je jako obraźliwe. Burzę wywołała zamieszczona na stronie Rady Języka Polskiego odpowiedź prof. Marka Łazińskiego na list internauty, który uważa, że Murzyn nie jest słowem obraźliwym i nie rozumie, dlaczego inni zwracają mu uwagę.

W swojej odpowiedzi profesor wyjaśnił, że słowo Murzyn było niegdyś neutralne, jednak dziś jest już archaiczne i obarczone złymi skojarzeniami. I że „określa nie narodowość ani pochodzenie geograficzne, tylko kolor skóry, a ta cecha podobnie jak kolor włosów, wzrost, typ figury nie musi być istotna w opisie człowieka”. Że w języku polskim obrosło wyjątkowo silną obraźliwą frazeologią, jak 100 lat za Murzynami, Murzyn zrobił swoje – Murzyn może odejść, co wzmacnia skojarzenie Murzyn – niewolnik. I że – co najważniejsze – nazywane tak osoby uznają je za obraźliwe. W konkluzji radził, żeby słowa tego używać tylko jako historycznego cytatu, zwłaszcza że w języku publicznym już nie występuje, a w nowszych słownikach ma opis: „dziś często uważane za obraźliwe” (Słownik języka polskiego PWN). Cały profesorski wywód prowadził w sumie do jednego zalecenia: w słowach bądź delikatny, kieruj się empatią, miej na uwadze uczucia innych.

Niestety, osoby, które przeczytały tę odpowiedź (albo tylko o niej usłyszały), nie pojęły, o co chodzi. Zapłonęły świętym oburzeniem, że oto Rada Języka Polskiego „zabrania”, „nie pozwala” i że „wyrzuca ze słownika” słowo, którego my, Polacy, od wieków używamy. I że to zamach na naszą wolność, i że przecież jest ciasto murzynek, i że jest nazwisko Murzyn, i że pies nazywa się Murzyn, a w ogóle to Murzynek Bambo nasz koleżka itp., itd. Niektórzy korespondenci – ulegając narodowej atmosferze deptania wszystkiego, co nie po ich myśli – nazwali członków Rady „bandą totalnych kretynów”, „neobolszewicką jaczejką” i zalecali nam powrót do szkoły na lekcje języka polskiego (rozważamy!).

Ale żarty na bok, bo to w sumie smutne i wstydliwe, że nieumiejętność czytania ze zrozumieniem przeradza się w agresję wobec innych osób (o pogardzie dla wiedzy i dla ludzi uczonych już nie wspomnę). Przecież nikt z językoznawców nie ma mocy, by wyrzucać jakieś słowa ze słowników! Możemy je analizować i opisywać, jak są używane przez społeczeństwo, ale to nie my decydujemy o nacechowaniu słowa. Możemy też radzić (i zwykle radzimy), by nie używać słów raniących, obrażających. Wszak w języku publicznym pojawiło się wiele określeń empatycznych, nie stygmatyzujących, niedyskryminujących, omijających jakąś cechę człowieka, na którą on nie ma wpływu, np. osoby z niepełnosprawnością, osoby otyłe, osoby w kryzysie bezdomności.

O osobach o ciemnym kolorze skóry można powiedzieć czarnoskóry, ciemnoskóry, chociaż nie zawsze musimy podkreślać tę cechę. Ale jeśli z jakichś powodów musimy, to myśl można ująć taktownie. Zrozumienie i empatia, oto czego nam dzisiaj potrzeba!

Używamy plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość. Kontynuując korzystanie z naszej strony, zgadzasz się z naszą polityką dotyczącą plików typu cookies.