Językowa corrida

23.10.2020

Nazwiska dwuczłonowe

Gdybym powiedziała, że gramatyka nazwisk jest naszym największym językowym problemem, to bym się zbytnio nie pomyliła. Dla wielu Polaków jest ona trudna głównie ze względów emocjonalnych: bo tradycja rodzinna nie pozwala nazwisk odmieniać, bo ich formy gramatyczne „źle brzmią” itp. Jednak większość z nas po prostu gubi się w skomplikowanych regułach odmiany. Nie ma co ukrywać, nie są łatwe, dlatego zachęcamy do zadawania pytań i zaglądania do słowników. Albo do czytania felietonów.

Odmiana nazwisk dwuczłonowych jest trudna podwójnie, bo zwykle do każdego członu musimy dobrać inny wzór odmiany. Lepiej radzimy sobie z nazwiskami kobiet, ponieważ ich nazwiska zakończone inaczej niż na spółgłoskę –a po prostu się nie odmieniają. Pani Dziemianowicz-Bąk swego nazwiska wcale nie odmienia, panie Resich-Modlińska i Kowalska-Nowak odmieniają tylko człon zakończony na –a, a pani Kidawa-Błońska deklinuje (czyli odmienia przed przypadki) całe swoje nazwisko.  

Trochę bardziej skomplikowana jest gramatyka dwuczłonowych nazwisk mężczyzn, które są połączeniem właściwego nazwiska z dawnym przydomkiem, herbem szlacheckim, zawołaniem bojowym bądź pseudonimem. W tych nazwiskach regułom odmiany w zasadzie podlegają oba człony. Piszę „w zasadzie”, gdyż w normie wzorcowej zaleca się nieodmienianie nazwy herbu i zawołania bojowego. Przykładem nazwisk z takimi historycznymi elementami jest Korwin-Szymanowski i Pobóg-Malinowski. Wzorcowa postać dopełniacza to: Korwin-Szymanowskiego, Pobóg-Malinowskiego.

W praktyce jednak znacznie częściej odmianie podlegają oba człony z dwóch istotnych powodów. Pierwszy wynika z naturalnej potrzeby użycia form gramatycznych, odmienność słów jest bowiem istotą polszczyzny. Drugi powód ma związek z zanikaniem wiedzy historycznej, ponieważ współcześnie niewiele osób potrafi odróżnić herb od pseudonimu. Z tego powodu akceptowane są oba sposoby odmiany: Pobóg-Malinowskiego i Poboga-Malinowskiego, Pobóg-Malinowskiemu i Pobogowi-Malinowskiemu.

Z członem Korwin jesteśmy bardziej oswojeni z powodu aktywności politycznej pana Korwin-Mikkego. Gdybyśmy chcieli pozostać w zgodzie z normą wzorcową, to odmienialibyśmy tylko pierwszy człon nazwiska: Korwin-Mikkego, Korwin-Mikkemu. Jednak nazwisko Mikke, zakończone na –e, też jest trudne gramatycznie, więc norma polszczyzny akceptuje pozostawianie go w mianownikowej formie. Można zatem nie odmieniać żadnego członu, byleby nazwisku towarzyszył odmieniony jakiś inny rzeczownik: imię, stanowisko itp. Jednak dusza fleksyjna Polaka protestuje przeciwko takiemu gramatycznemu unieruchamianiu dwóch elementów nazwiska, więc w praktyce zwykle się mówi o Korwinie-Mikke albo – rzadziej – o Korwinie-Mikkem.

Gdy się pojawią wątpliwości, zawsze warto napisać do poradni językowej albo zajrzeć do słowników. Polecam Słownik nazw własnych Jana Grzeni wydany przez Wydawnictwo Naukowe PWN. 

16.10.2020

Z panią sędzią

W jednej z niedawnych publicznych wypowiedzi przedstawiciela środowiska prawniczego mogliśmy usłyszeć nietypowe połączenie dwóch form gramatycznych: Dokument został sporządzony przez panią sędziego. Językowi wrażliwcy natychmiast zwrócili się do nas z pytaniem, czy to pomyłka, czy może zamierzone działanie słowne.

Zacznijmy od stwierdzenia, że odmiana nazwy sędzia jest historycznie skomplikowana. Choć ma rodzaj męski, to odmienia się jak rzeczownik rodzaju żeńskiego: dopełniacz: sędzi, celownik: sędzi, biernik: sędzię, narzędnik: sędzią, miejscownik: o sędzi. Współcześnie jednak większość z nich to formy przestarzałe, ponieważ w dopełniaczu, celowniku, bierniku i miejscowniku rzeczownik sędzia odmienia się jak przymiotnik: sędziego, sędziemu, sędziego, o sędzim. O tej nietypowej odmianie tak pisał przed laty profesor Witold Doroszewski: „Wyraz sędzia dlatego się wykoleił w swojej odmianie, (…) że uległ wpływowi takich wyrazów z języka prawniczego odmienianych przymiotnikowo, jak podkomorzy, wojski, woźny”.

Historia form gramatycznych nie ma dziś dla nas znaczenia, w odniesieniu do mężczyzn zadowala nas odmiana mieszana, rzeczownikowo-przymiotnikowa: sędzia, sędziego, sędziemu, sędziego, z sędzią, o sędzi (rzadziej: sędzim). W rodzaju żeńskim odmiana jest jeszcze łatwiejsza, bo nic się w niej nie miesza: M. (pani) sędzia, D. sędzi, C. sędzi, B. sędzię, N. sędzią, Msc. o sędzi. W liczbie mnogiej obu rodzajów rzeczowniki męskie różnią się od żeńskich tylko formą mianownika: panowie sędziowiepanie sędzie, i dopełniacza: panów sędziów, pań sędzi.

 Ażeby wyraz sędzia komunikował także rodzaj gramatyczny, zaczęto stosować formę żeńską: sędzina, która jednak nie zyskała powszechnej aprobaty. Jednym kojarzyła się ze znaczeniem, jakie niosą wyrazy zakończone na –ina: gaździna, Zarębina, czyli żona gazdy, Zaręby. Inni uznawali tę formę za zbyt potoczną, niedopuszczalną w języku oficjalnym. 

Skąd się jednak wzięła nietypowa konstrukcja męsko-żeńska: pani sędziego, pani sędziemu, której użył wypowiadający sie prawnik? Być może język prawników konserwuje starsze formy wyrazowe. W latach trzydziestych XX wieku feminatywa, czyli żeńskie nazwy, uważano za rzecz naturalną. „Można się dziwić – pisał profesor Kazimierz Nitsch – że się nie przyjęła tak naturalna, zdawałoby się, doktorka, ale stało się (…). Słusznie jednak podkreśla się jej jedyność w nieodmienności: z panią doktor, ale z panią magistrem, panią referendarzem, mówię o pani prezesie, a nie o pani prezes, co by brzmiało wulgarnie”. Formy z panią ministrem faktycznie były w użyciu, o czym świadczy film „Pani minister tańczy” z 1937 r. ze słynnym zdaniem: Pani ministrowi puściło oczko w pończosze¸ dziś przyjmowanym humorystycznie.

Dylematy gramatyczne dotyczą też innych nazw odnoszących się do kobiet, na przykład formy liczby mnogiej: panie senatorzy, która może być echem dawnego zwyczaju językowego. Jeśli gdzieś jeszcze można się na takie formy natknąć, to tylko w odmianach bardziej sformalizowanych, na przykład w języku prawników. Ale i tam chyba nie są zbyt rozpowszechnione.

09.10.2020

O estetyce nazwisk

Wiele osób, broniąc się przed innymi niż mianownik formami swoich nazwisk, odwołuje się do estetycznej strony ich brzmienia. „Jak to okropnie brzmi!” mówi pani Mucha i pan Kozieł, gdy słyszą, że ktoś mówi o pani Musze i o panu Koziele. „Mam kolegę, którego nazwisko kończy się na -ko – pisze czytelnik w komentarzu do mojego ostatniego felietonu – i kiedy je odmieniam, on protestuje i mnie poprawia. Fakt, że nazwisko brzmi wtedy dość podejrzanie, ale trudno – takie Bozia dała. Ziobro też w odmianie nie brzmi pięknie”.

            To, czy jakaś forma słowna brzmi pięknie czy okropnie, jest najczęściej naszym subiektywnym odczuciem. Jako miłe dla ucha odbieramy słowa poprawnie i starannie wymawiane, „niezgrzytliwe”, albo takie, które nie zawierają jakichś nietypowych dźwięków. Użytkownik polszczyzny ogólnej zwykle nie akceptuje gwarowych form zawierających połączenia ke, ge, np. kedy, ogeń, bo „okropnie brzmią!”. Być może z tego powodu woli nie odmieniać nazwisk zakończonych na -e, które w połączeniu z przymiotnikową końcówką tworzą takie właśnie dźwięki: Dalke – Dalkego, Dalkemu, Lange – Langego, Langemu.

Dla wielu właścicieli nazwisk zakończonych na -eł, -oł, tożsamych z rzeczownikami pospolitymi, formy gramatyczne brzmią „fatalnie”. W takich bowiem nazwiskach jak Kozieł, Orzeł, Kocioł, nie zachodzą wymiany głoskowe charakterystyczne dla rzeczowników pospolitych, dlatego mówimy o Koziele, Orzele, Kociole. Formy tożsame z nazwami pospolitymi: o Koźle, Orle, Kotle, są dopuszczalne, jednak uchodzą za mniej staranne. Tylko w nazwiskach jednosylabowych nie ma takiej możliwości, trzeba więc mówić o panu Dąbie, Wążu, Mechu.

Czy te wszystkie formy nazwiskowe źle brzmią? W moim odczuciu absolutnie nie, pewnie dlatego, że ich często używam. I w tym właśnie tkwi cała tajemnica: nieużywane – są „dziwne”, „śmieszne”, „okropne”. Używane – tracą nacechowanie, stają się neutralne, nasze.

Myślę, że niechęć do poddawania nazwisk regułom gramatycznym tkwi głównie w niewiedzy albo w braku językowej wrażliwości. Można zrozumieć urzędnika, że w trosce o precyzję i jednoznaczność komunikatu rezygnuje z form gramatycznych nazwisk. Trudno jednak zrozumieć księdza, który w komunikatach do swoich wiernych nie odmienia ich nazwisk. Pisze o tym także komentator mojego felietonu: „W kościołach nastała wiele lat temu moda na nieodmienianie nazwisk. I kiedy ksiądz odczytuje intencję mszalną, to mówi: Modlić się będziemy za dusze świętej pamięci Antoniego Rygiel, Beaty Wesoła i wszystkich zmarłych z rodziny Piątek, Kowalski i Geblewicz. To jest tak powszechne, że dopuszczam nawet możliwość jakiegoś odgórnego nakazu, do którego księża muszą się stosować”.  

Nie sądzę, by istniała jakaś odgórna dyrektywa, myślę, że wielu księży spełnia po prostu życzenie swoich parafian. Mówił o tym także prof. Jan Miodek: „Ja się raz na kolędzie zapytałem księdza, dlaczego to tak wygląda w kościele. Proboszcz mi odpowiedział, że ludzie się obrażają, jak nazwiska są odmienione. No, ja tego pojąć nie mogę!”.

Ja też tego nie mogę pojąć, a wszystkim gramatycznym sceptykom dedykuję powtarzany od dawna aforyzm: „Jesteś właścicielem swojego nazwiska tylko w mianowniku, pozostałymi przypadkami rządzi gramatyka”.

02.10.2020

Dusza fleksyjna

Obserwatorzy życia politycznego zapewne zauważyli, że współpracownicy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, a także niektórzy dziennikarze,  nie odmieniają jego nazwiska. To trochę zaskakujące, wszak przez lata obecności pana Ziobry w polskiej polityce można było się już przyzwyczaić do tych łatwych w gruncie rzeczy form gramatycznych.

Na ów przykry dla miłośnika polszczyzny fakt zwrócił także uwagę Michał Rusinek w cotygodniowym felietonie w „Wysokich Obcasach”: „Przy okazji tych dyskusji częściej niż zwykle pojawiało się w mediach nazwisko Zbigniewa Ziobry, niestety często niedeklinowane. Jako gorący orędownik deklinowania nazwisk — ubolewam jeszcze bardziej, gdy dziennikarze mówią np. o partii Zbigniewa Ziobro. Ziobro się deklinuje jak — nie przymierzając — Kościuszko. Pomyślcie, drodzy dziennikarze i dziennikarki, jak by to brzmiało, gdybyście mówili o insurekcji Tadeusza Kościuszko”.

Rzecz charakterystyczna: użytkownicy polszczyzny nie podważają konieczności deklinowania, czyli stawiania w zdaniu wyrazów w różnych formach gramatycznych, ale dla nazwisk robią wyjątek. Powody są zwykle prozaiczne: deklinacja nazwisk jest skomplikowana, a opanowanie złożonych zasad odmiany dość trudne. Jednak nie ma co się poddawać i iść na łatwiznę! Umiejętność odmiany nazwisk jest znakiem wyższej kultury języka! Więc zaglądajmy do słowników, pytajmy ekspertów i odmieniajmy, odmieniajmy!

Nazwiska zakończone na samogłoskę –o, takie jak Ziobro czy Legutko, są łatwe w odmianie, ponieważ odnoszą się do nich te same zasady co do nazwisk zakończonych na –a. I jedne, i drugie odmieniają się tak jak rzeczowniki żeńskie. Swoim studentom podpowiadam, by dopasowywali formy gramatyczne do takich wyrazów, jak kobieta i dziewczynka. Pierwsze nazwisko odmienia się tak: ZiobroZiobry (kobiet-y), Ziobrze (kobieci-e), Ziobrę (kobiet-ę), Ziobrą (kobiet-ą), o Ziobrze (o kobieci-e). Drugie podobnie: Legutko (dziewczynka), Legutki (dziewczynk-i), Legutce (dziewczync-e), Legutkę (dziewczynk-ę), Legutką (dziewczynk-ą), o Legutce (o dziewczync-e).

Być może z powodu zbieżności reguł odmiany nazwisk zakończonych na –o i na –a (np. DulębaWieruszka), norma polszczyzny dopuszcza nieodmienność tych pierwszych, jeśli towarzyszą im inne odmienione wyrazy. Można mówić o Zbigniewie Ziobro czy o Ryszardzie Legutko, jednak takie formy mają nacechowanie urzędowe, więc w wypowiedziach ustnych lepiej ich unikać. Ponadto można w słuchających wzbudzić słuszne podejrzenie, że nie radzimy sobie z gramatyką. A nazwiska znanych polityków da się wykorzystać także w celach edukacyjnych, co sugeruje prof. Mirosław Bańko w poradni językowej PWN: „Popularność pewnych postaci może przyczynić się do popularyzowania wiedzy o odmianie niektórych typów nazwisk”.

Więc choć współpracownicy Zbigniewa Ziobry nie popełnili błędu, nie odmieniając jego nazwiska, to jednak sprzeniewierzyli się duchowi polszczyzny. Wszak – jak twierdzi prof. Jerzy Bralczyk – „nieodmienianie jest tłamszeniem duszy fleksyjnej Polaka. Bo dusza fleksyjna w każdym Słowianinie tkwi”.

11.09.2020

Zrozumienie i empatia

Od kilku tygodni opinią społeczną targają emocje związane ze słowem Murzyn. Jedni bronią jego obecności w polszczyźnie, powołując się na tradycję, drudzy sądzą, że można zrezygnować z używania tego określenia w stosunku do ludzi, zwłaszcza że Polacy o ciemnym kolorze skóry odbierają je jako obraźliwe. Burzę wywołała zamieszczona na stronie Rady Języka Polskiego odpowiedź prof. Marka Łazińskiego na list internauty, który uważa, że Murzyn nie jest słowem obraźliwym i nie rozumie, dlaczego inni zwracają mu uwagę.

W swojej odpowiedzi profesor wyjaśnił, że słowo Murzyn było niegdyś neutralne, jednak dziś jest już archaiczne i obarczone złymi skojarzeniami. I że „określa nie narodowość ani pochodzenie geograficzne, tylko kolor skóry, a ta cecha podobnie jak kolor włosów, wzrost, typ figury nie musi być istotna w opisie człowieka”. Że w języku polskim obrosło wyjątkowo silną obraźliwą frazeologią, jak 100 lat za Murzynami, Murzyn zrobił swoje – Murzyn może odejść, co wzmacnia skojarzenie Murzyn – niewolnik. I że – co najważniejsze – nazywane tak osoby uznają je za obraźliwe. W konkluzji radził, żeby słowa tego używać tylko jako historycznego cytatu, zwłaszcza że w języku publicznym już nie występuje, a w nowszych słownikach ma opis: „dziś często uważane za obraźliwe” (Słownik języka polskiego PWN). Cały profesorski wywód prowadził w sumie do jednego zalecenia: w słowach bądź delikatny, kieruj się empatią, miej na uwadze uczucia innych.

Niestety, osoby, które przeczytały tę odpowiedź (albo tylko o niej usłyszały), nie pojęły, o co chodzi. Zapłonęły świętym oburzeniem, że oto Rada Języka Polskiego „zabrania”, „nie pozwala” i że „wyrzuca ze słownika” słowo, którego my, Polacy, od wieków używamy. I że to zamach na naszą wolność, i że przecież jest ciasto murzynek, i że jest nazwisko Murzyn, i że pies nazywa się Murzyn, a w ogóle to Murzynek Bambo nasz koleżka itp., itd. Niektórzy korespondenci – ulegając narodowej atmosferze deptania wszystkiego, co nie po ich myśli – nazwali członków Rady „bandą totalnych kretynów”, „neobolszewicką jaczejką” i zalecali nam powrót do szkoły na lekcje języka polskiego (rozważamy!).

Ale żarty na bok, bo to w sumie smutne i wstydliwe, że nieumiejętność czytania ze zrozumieniem przeradza się w agresję wobec innych osób (o pogardzie dla wiedzy i dla ludzi uczonych już nie wspomnę). Przecież nikt z językoznawców nie ma mocy, by wyrzucać jakieś słowa ze słowników! Możemy je analizować i opisywać, jak są używane przez społeczeństwo, ale to nie my decydujemy o nacechowaniu słowa. Możemy też radzić (i zwykle radzimy), by nie używać słów raniących, obrażających. Wszak w języku publicznym pojawiło się wiele określeń empatycznych, nie stygmatyzujących, niedyskryminujących, omijających jakąś cechę człowieka, na którą on nie ma wpływu, np. osoby z niepełnosprawnością, osoby otyłe, osoby w kryzysie bezdomności.

O osobach o ciemnym kolorze skóry można powiedzieć czarnoskóry, ciemnoskóry, chociaż nie zawsze musimy podkreślać tę cechę. Ale jeśli z jakichś powodów musimy, to myśl można ująć taktownie. Zrozumienie i empatia, oto czego nam dzisiaj potrzeba!

25.07.2020

Tudzież – bohater narodowy

Pewnie już wszyscy wiedzą, że tekst „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, wybranego przez Kancelarię Prezydenta do tegorocznego Narodowego Czytania, został przez pana Andrzeja Dobosza, krytyka literackiego, okrojony ze słów, które się panu poprawiaczowi nie spodobały. Pod cenzorskim długopisem zginęły serie przymiotników, bo według „adaptatora” tekstu Żeromskiego dwa przymiotniki, np. zdrowy i zażywny Czaruś to za dużo dla współczesnego czytelnika, zostawił więc tylko jeden: zdrowy Czaruś.

Jednak na pierwszy ogień poszedł spójnik tudzież, wykreślony z całego tekstu „Przedwiośnia”. Dlaczego? Nie mam pojęcia! Wszak ów wyraz jest wciąż żywotny w starannej polszczyźnie pisanej, posługują się nim autorzy różnych tekstów, zwłaszcza naukowych i literackich. Czym więc się naraził cenzorowi?

Spójnik tudzież jest notowany w słownikach współczesnej polszczyzny z kwalifikatorem książkowy, co go oczywiście nie dyskwalifikuje, wszak używamy wielu wyrazów książkowych, by przytoczyć tylko kilka na literę „t”: tuleja, tułać się, tułacz, tumult, tupet, turkot, turkotać, tusza, tuz, tuzinkowy, tuż, twarzowy, twierdzący, tworzywo, twór itp., itd. Więc pewnie nie z powodu swojej przynależności do starannego słownictwa „wyleciał” z tekstu „Przedwiośnia”.

Spójnika tudzież używamy do łączenia zdań lub innych wyrażeń, które odnoszą się do tych samych przedmiotów, osób lub faktów. Tudzież znaczy to samo, co spójniki: i, oraz, a także, jak również. W języku mówionym używamy tylko spójnika „i”, pozostałe przynależą do języka pisanego, bo w mowie brzmiałyby sztucznie i pretensjonalnie. No, chyba że ktoś robi sobie żarty słowne, mówiąc do domowników: Na śniadanie będą płatki tudzież kanapki. Oraz kawa.

Możemy tak żartować pod warunkiem, że słowem tudzież połączymy dwa rzeczowniki. Zdarza się jednak, że dla niektórych użytkowników polszczyzny ta podstawowa funkcja spójnika tudzież nie jest oczywista, więc używają go jako alternatywy, zamiast spójnika albo: Na weekend jedziemy w góry tudzież nad morze. To rażący błąd językowy (chyba że ktoś w trzy dni obskoczy i góry, i morze).

O spójniku tudzież pięknie napisał Jerzy Bralczyk: „Dziwne słowo, oryginalnie i podniośle mówiące, że też. Ponieważ dawniej odnosiło się do miejsca, w jego składzie mamy i tu, i –dzie, jak w gdzie i ówdzie, i partykułę –ż(e), która wskazuje i wzmacnia. Tudzież – ‘w tym samym miejscu’, potem ‘w tym samym czasie’, wreszcie ‘też’. O żadnym rz nie może być mowy, u oczywiście otwarte, a pisownia z tego wszystkiego łączna, bo te składniki same nie dają sobie rady”.

Nie jest więc tudzież wyrazem w polszczyźnie zbędnym, jest historycznie umocowany, ma tylko pewne ograniczenia stylistyczne. Ale w tekście „Przedwiośnia” jest u siebie, na swoim miejscu! Możemy być jednak wdzięczni panu Doboszowi, że przypomniał nam o tym książkowym spójniku, który dzięki narodowej dyskusji wyraźnie umocnił swoją pozycję.

11.07.2020

Pytanko

Takim filuternym słówkiem zatytułowała swój e-mail skierowany do poradni językowej US pani Julita. Pytanie korespondentki nie dotyczyło bynajmniej zdrobnień wyrazów, tylko całkiem innego poważnego problemu stylistycznego. Tymczasem tytułowe „pytanko” sugerowałoby, że rzecz jest błaha, a pytanie zadane przy okazji.

Zapewne nasza korespondentka nie zdawała sobie sprawy z niefortunności tej formy słowotwórczej w korespondencji bądź co bądź oficjalnej. Zdrobnienia są bowiem słowami ekspresywnymi, więc ich użycie jest ograniczone. Wiele osób irytują zdrobniałe wyrazy używane przez sprzedawców, o czym świadczą dyskusje prowadzone w Internecie. „Ludzie potrafią zdrobnić wszystko, jednak pytanie na stacji: benzynka czy dizelek, zgwałciło moje polonistyczne uszy” – pisze pani Anna. „We mnie coś pęka jak słyszę pieniążki... Najlepiej na lokatce” – odpowiada jej pani Natalia.

Gdybyśmy się jednak głębiej przyjrzeli tym dwóm wypowiedziom, to stwierdzilibyśmy, że zdrobnienia zostały użyte w sytuacji bezpośredniego kontaktu, że mówiący chcieli zbudować pozytywną atmosferę, zyskać sympatię rozmówcy. Ileż to razy sami prosimy w sklepie o chlebek i masełko, a w restauracji o ciasteczko i kawusię z mleczkiem, licząc na to, że sprzedawca czy kelner potraktuje nas życzliwie!

Wiem, wiem, Drodzy Czytelnicy, wiem, że Pani tego nie robi, a Pan tego nie cierpi! Że dla wielu z nas irytująca jest fryzurka z grzyweczką albo taksóweczka wysyłana na adresik, denerwujące są bileciki do kontroli czy dowodzik poproszę. Mnie samą zaskakuje, gdy pan optyk mówi do mnie, że mam słabsze lewe oczko, a pani dentystka, że wyleczy mi chory ząbek. Bo oczko i ząbek mają dzieci i to do nich zwykle mówimy czułymi zdrobnieniami. Zdrobnienia użyte w sytuacji, gdy jesteśmy na pan i pani są nieuprawnionym wkraczaniem w sferę prywatną. Lekarz, który pyta młoda kobietę, czy bada piersiątka (autentyczne!), przekracza granicę stosowności, nie jest grzeczny, tylko - mówiąc bardzo delikatnie – niegrzeczny!

Nadmiar zdrobnień w komunikacji publicznej jest manierą trudną do zaakceptowania. Najbardziej irytujące są, oczywiście, pieniążki. Ta forma słowotwórcza jest bowiem stosowna tylko wtedy, gdy mówimy do dziecka, że „nie mamy pieniążków na lizaczka”. Pieniążki nie powinny się pojawić w żadnej wypowiedzi oficjalnej, o pieniążkach nie może mówić ani urzędnik, ani dziennikarz, ani nikt, kto się nie wypowiada prywatnie.

Warto też pamiętać, że emocjonalność zdrobnień umożliwia wyrażanie innych uczuć niż życzliwość czy czułość. Zdrobnienia mogą też być „zjadliwe”, sygnalizować niechęć, zazdrość, zawiść: „I co, sąsiedzie, taki drogi samochodzik, leksusik, a już się popsuł, haha!”. Są to jednak sytuacje znacznie rzadsze.

Język polski jest emocjonalny, jest po prostu czuły, zdrabniajmy więc do woli, tylko nie przekraczamy granic stosowności.

27.06.2020

Przejdźmy na ty

Jak się zwracać do innych osób? Jak mówić do współpracowników? Kiedy można przejść na: panie Tomaszu, pani Krystyno? Kiedy na: panie Tomku, pani Krysiu? A kiedy zacząć sobie mówić po imieniu?

Nawet jeśli na co dzień nie stawiamy sobie tych pytań, to mogą się one nieoczekiwanie pojawić. W takiej sytuacji znalazła się pani Lucyna, korespondentka poradni językowej: „Mam do Państwa dość nietypowe pytanie, ale nurtuje mnie ono od kilku tygodni. Bardzo proszę o informację, czy znane są Państwu jakieś teorie lub inne źródła, które potwierdzają, że zwracanie się do kogoś po imieniu może być postrzegane przez niego jako obraźliwe?”.

Nie trzeba być znawcą żadnych teorii, żeby wiedzieć, że w naszej kulturze po imieniu mówimy sobie tylko wtedy, gdy jesteśmy młodzi i pozostajemy wobec siebie w bliskich relacjach równorzędnych. Po imieniu mówią do siebie uczniowie, studenci i młodzi ludzie w nieoficjalnych sytuacjach (wycieczka, dyskoteka itp.). Starsi, by mówić do siebie na ty, muszą to jakoś zapowiedzieć. Mogą zaproponować: Mówmy sobie po imieniu, zapytać: Możemy sobie mówić po imieniu?, oznajmić nowej osobie w zespole: My tu wszyscy mówimy sobie po imieniu.

Co jednak, gdy wchodząca do zespołu osoba nie wyrazi zgody na „tykanie”? Chyba o taką właśnie sytuację chodziło pani Lucynie, która pisze dalej tak: „Sytuacja dotyczy osób, które są w podobnym wieku i razem pracują. Dodam, że w miejscu pracy panuje zasada, że wszyscy poza szefem mówią sobie po imieniu. Czy istnieją jakieś ogólnie przyjęte zastępcze formy grzecznego zwracania się do kolegów?”.

Ogólnie przyjęte jest nienarzucanie się poufałością. Koledzy z pracy mówią do siebie po imieniu tylko wtedy, gdy wszyscy się na to zgadzają. Znam środowiska, w których pracujący wspólnie od lat równolatkowie mówią sobie pan, pani, bo taką przyjęli zasadę. Nie ma „zastępczych form” grzecznego zwracania się do siebie. Do współpracowników mówimy albo Marku, albo panie Marku, albo panie dyrektorze, panie prezesie itp. Na przyjętą formę grzecznościową muszą wyrazić zgodę obaj uczestnicy słownej komunikacji.

Nie jest jednak fortunnie, gdy na propozycję: mówmy sobie po imieniu, odpowiadamy: o nie! nie zgadzam się na to! Taka reakcja zawsze powoduje jakiś „kwas” między dwiema osobami. Mówienie po imieniu jest przecież wyrazem aprobaty, zaufania, akceptacji, więc odrzucenie propozycji przejścia na ty może urazić proponującego albo wpłynąć niekorzystnie na atmosferę w grupie.

Stosunki między ludźmi wyrażane formami grzecznościowymi są sprawą delikatną, dlatego obie strony językowego kontaktu powinny się wykazać wyczuciem i subtelnością.

15.06.2020

Poznaj swojego wroga!

Poznaj swojego sąsiada, poznaj mojego narzeczonego, poznaj mojego męża. Czy to poprawne sformułowania? Oczywiście, ponieważ czasownik poznać wymaga biernikowej formy rzeczownika (zaimka, przymiotnika). Biernik jednak jest bardzo specyficznym przypadkiem gramatycznym. Zdecydowana większość rzeczowników stojących w bierniku nie ma odrębnych końcówek, tylko w zależności od budowy lub znaczenia przybiera albo formę dopełniacza, albo mianownika. Biernik bowiem odpowiada na pytanie kogo, co?, zbieżne z pytaniami tamtych przypadków. Widzę sąsiada (forma równa dopełniaczowi), widzę samochód (forma mianownika). Kocham brata (dopełniacz), kocham las (mianownik). Poznaj wroga, poznaj świat. To, jaką postać ma biernik, zależy nie tylko od budowy rzeczownika, lecz także od tego, czy jest to rzeczownik żywotny, czy nieżywotny. To jest jasne i nie budzi wątpliwości.

A jednak wątpliwości związane z użyciem tego przypadka są. Pisze o nich dziennikarz portalu Wirtualnemedia: „Ostatnio w prasie pojawiła się reklama, której główne hasło stanowi zdanie: Poznaj swojego buta. Zarówno w mojej opinii, jak i moich znajomych jest to ewidentny błąd, bo prawidłowo zdanie to powinno brzmieć: Poznaj swój but. Nie wiem jednak, czy Pani jako specjalista podzieli tę opinię”. Oczywiście, podzielam! Hasło poznaj swojego buta jest absolutnie niepoprawne! Błędy zawiera także dalszy tekst reklamy: Dobiegnij do mety i zaskocz nas. Zgarnij premierowego XXX – ikonę butów do biegania. Doskonała amortyzacja w jeszcze lżejszym wydaniu pomoże ci poprawić twoje „życiówki”. A obok jeszcze hasło: Premiera nowego xxx.

No, chyba świat się kończy, bo but ma premierę! Jeden but! W dodatku ów but jest ikoną butów! Tak w każdym razie wynika z tekstu tej niefortunnej - żeby nie powiedzieć szkodliwej - reklamy. Czy ktoś w ogóle nad nią dłużej myślał? Czy ktoś, kto woła: Poznaj swojego buta reklamowałby nowy samochód słowami: Poznaj swojego samochoda?

A może to wszystko wina buta? Wszak w języku potocznym coraz częściej słychać sformułowanie: Zawiąż buta zamiast Zawiąż but i – szczerze mówiąc - wielu osób już ono nie razi. Ale te osoby nie powiedzą przecież: Zawiąż krawata. Albo: Zawiąż szalika. Więc może to wszystko przez but?

Żarty na bok! Tytuł felietonu: Poznaj swego wroga! został przeze mnie użyty celowo. Naszym wrogiem jest bowiem niewiedza, niechęć do studiowania słowników, do podnoszenia własnej sprawności językowej. Nie wystarczy mówić, trzeba jeszcze wiedzieć, co mówić i jak mówić, żeby się po prostu nie skompromitować i nie ośmieszyć. Tak jak autor owej reklamy.

30.05.2020

Ów, owa, owo

Nic tak nie uszlachetnia tekstu, jak słowa wyszukane, rzadkie, książkowe. Świadczą one o bogactwie słownictwa autora, o jego większej sprawności językowej i głębszej wrażliwości na piękno języka. Jeśli oczywiście owe rzadkie słowa użyte są w odpowiednim miejscu, we właściwym znaczeniu i poprawnej formie gramatycznej.

Ale, rzecz jasna, nie zawsze się tak dzieje. W czasach, w których króluje kultura popularna przekazywana głównie za pośrednictwem mediów, znajomość polszczyzny książkowej jest coraz mniejsza. Zdarza się, że z lat szkolnych, kiedy jeszcze jako wzorowi uczniowie czytaliśmy zalecane lektury, pamiętamy takie czy inne rzadkie słowo. Jednak bywa ono, niestety, używane niewłaściwie.

Wyrazistym przykładem niefortunnego użycia słowa książkowego jest mówienie „bynajmniej” zamiast „przynajmniej’, o którym wiele razy pisałam. Dziś chcę zwrócić uwagę moich czytelników na inne książkowe słowo, z którym dzieje się coś niedobrego. Może najpierw znamienny cytat z internetowego forum „Głosu Szczecińskiego”: „Jeżeli tolerujemy chamstwo w centrach kultury, to ów chamstwo będzie się tak pogłębiać, aż i nam zacznie przeszkadzać’. Nie, nie ma tu pomyłki! Tak właśnie ktoś starannie sformułował słuszną skądinąd myśl.

O tym, że nie jest to jednorazowy incydent, świadczą wypisy ze studenckich prac magisterskich (na polonistyce!): „Sprzyjało to w pośredniczeniu z ów nieznanym światem pozagrobowym”. „Ów styczność z bóstwem czyni z niego jednostkę szczególną”.

O tym, że nie jest to jednorazowy incydent, świadczą wypisy ze studenckich prac magisterskich (na polonistyce!): „Sprzyjało to w pośredniczeniu z ów nieznanym światem pozagrobowym”. „Ów styczność z bóstwem czyni z niego jednostkę szczególną”.

Muszę przyznać, że już dawno żaden błąd mnie tak nie zaskoczył, jak właśnie ten. Ów chamstwo? Ów styczność? Z ów nieznanym światem? To piszący nie wiedzą, że ów jest zaimkiem rodzaju męskiego? I że ma rodzaj żeński: owa? I nijaki: owo? Z przykładów wynika, że nie wiedzą. I pewnie nie przypuszczają, że ów odmienia się przez przypadki, przybierając formy: D. owego, C. owemu, B. owego (ów), N. owym, Msc. o owym, W. ów!

Autorzy przytoczonych wypowiedzi unieruchamiają gramatycznie zaimek ów, jakby był elementem jakiegoś egzotycznego języka, dla którego nie można znaleźć w polszczyźnie wzoru odmiany. A to przecież wyraz rodzimy, podlegający wszystkim obwiązującym regułom gramatycznym. Zachowuje się jak każda przydawka, to znaczy dostosowuje swoją formę do formy wyrazu, który określa: owo chamstwo, owa styczność, z owym nieznanym światem – by pozostać tylko przy naszych przykładach.

A przy okazji: niegdyś ów miał w mianowniku wariant owy, dziś nieakceptowany przez normę, a więc niepoprawny. Podsumujmy zatem: ów(mężczyzna), owa (kobieta), owo (dziecko). Z owym panem i z ową panią.
I tyle.

Używamy plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość. Kontynuując korzystanie z naszej strony, zgadzasz się z naszą polityką dotyczącą plików typu cookies.